Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka. Do życia konieczny jest dystans.

Poza tym, jak mam uczyć etyki kogoś z aspergerem?

— prof. nadzw. dr hab. Piotr Nowak, Uniwersytet w Białymstoku,
w artykule w Rzeczpospolitej

Moim pierwszym skojarzeniem z tekstem profesora Nowaka był dowcip: Co to jest: wisi na ścianie i płacze? Odpowiedź: dupa, nie taternik.

Pan Nowak, wykładowca na uniwersytecie w Białymstoku, ma problem ze studentem cierpiącym na zespół Aspergera i sugeruje, że (i) nie da się uczyć cierpiących na zespół Aspergera, bo są niepoczytalni oraz (ii) w ogóle nie powinno się do studiów dopuszczać osób „niezrównoważonych psychicznie”. Pardon, problem ma jakiś doktor Niewiadomski, Niebylski czy Niewieski (or compatible), z uniwersytetu w Popielnie, najwyraźniej alter ego autora. Zakładam, że użycie „przyjaciela” w tekście było figurą retoryczną, aby trochę czytelnika rozerwać, trochę życia może w tekst wlać, a może wynikło z nazbyt częstych lektur „Dialogów” Platona.

Dość, że tekst jest obrzydliwy. Głupi też, ale przede wszystkim obrzydliwy, pisany z pozycji wyższości, takiego użalania się trochę nad biednymi chorymi psychicznie, którzy nie powinni jednak mieszać się z normalnymi ludźmi, no bo „do życia potrzebny jest dystans”, a jak wiadomo, ktoś z Aspergerem nie może takiego dystansu mieć, bo jak wiadomo, Asperger objawia się głównie niezrównoważeniem psychicznym i brakiem poczytalności. I dystansu. No bo to wariaci są, niesprawni umysłowo, niepoczytalni. No i pan Nowak oczywiście nie jest przeciw dyskryminacji niepełnosprawnych, to nie o to chodzi, sam miał niepełnosprawnego studenta, proszę, doktorat napisał, do redakcji go przyjąłem, teksty tłumaczy, o. Nie jestem rasistą, ale… Mam przyjaciół z Afryki, więc… Ten poziom.

Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, więc niech kto inny tłumaczy panu Nowakowi, co to jest choroba psychiczna, co to jest spektrum autyzmu, jak się ma do inteligencji, niepoczytalności, zdolności czy umiejętności studiowania. Co to jest normalność, i jaka jest szansa, że sam pan Niewieski jest „normalny” i „pełnosprawny umysłowo”. Nie żebym oczekiwał, że coś z takich tłumaczeń wyjdzie, wraz z habilitacją (wiem to z autopsji) człowiek nabiera odporności na nabywanie wiedzy nieprzystającej do swoich uprzedzeń, doktorowi habilitowanemu nikt już nigdy niczego nie wytłumaczy, a już na pewno jeśli doktor tego nie chce (a chyba nie chce, bo pisze pod tezę). Takie są prawa natury, bardziej niezmienne niż byt według Parmenidesa.

Więc ja nie o tym. Ani nawet o tym, co sądzę o naukowcu, który używa jednostkowego przykładu do stawiania twardych tez, które na domiar złego możnaby przecież sprawdzić empirycznie — jak przyjmowanie osób z zespołem Aspergera wpływa na poziom uczelni. Albo jaki jest procent osób z zespołem Aspergera wśród kończących studia. Albo wśród wybitnych naukowców.

Ani też o tym, że pan Nowak w swoim artykule opisał swojego niepełnosprawnego studenta tak, że jego koleżanki i koledzy z roku potrafili go bez trudu rozpoznać. O tym też nie, bo na blogu unikam określeń takich jak „gnida”, „szumowina” czy „szubrawiec”, a także ponieważ mam cichą nadzieję, że zajmą się tym władze uczelni, a może nawet jakiś sąd.

Sam jestem wykładowcą akademickim. Oczywiście, kudy mi do profesora filozofii w Białymstoku. Piszę to bez ironii. Znaczna część moich wykładów opiera się na bardzo twardych faktach, czy wręcz wzorach matematycznych, nudach takich — ot, jest tak jak napisano, nie da się tego przekręcić na dwie strony, fi jest osiem, a wzór na dwie linijki. Filozofia jest trudniejsza — starczy mi, że mam wykład o metodologii naukowej, reszta nie, dziękuję, postoję. Poczytam sobie albo posłucham w wolnej (ha, ha) chwili. Mniejsza o to.

Otóż wykładowca uniwersytecki z różnymi dziwactwami się spotyka. Miewałem na wykładach studentów przeróżnych, ale nie opiszę ich tutaj (bo nie jestem gnidą). Koleś wychodzący z sali trzaskając drzwiami albo machający do wykładowcy może szokować chyba tylko kogoś, kto jest przyzwyczajony, że słucha go dziesięcioro studentów na krzyż, bo jak na sali siedzi przez cztery godziny w tygodniu z okładem setka studentów, to prędzej czy później ktoś taki się trafi. Deal with it.

I jedno mogę powiedzieć: nie ma nic gorszego niż doskonale zrównoważeni studiujący ze znudzoną miną wpatrujący się w ekrany swoich telefonów. Każda interakcja jest lepsza niż jej brak. Nawet chaotyczna, przerywająca tok wykładu wypowiedź — ej, no bardzo dobrze, ja namawiam studentów do przerywania wykładów. Po co w ogóle są wykłady w czasach internetu? Dlaczego miałbym pójść na wykład jakiegoś pana Nowaka z uniwersytetu w Białymstoku, jeśli w internecie mam wykład Ricka Rodericka albo Petera Millickana? Bo nie znam angielskiego? Bez jaj. Odpowiedź jest inna: bo z panem Nowakiem mogę sobie pogadać i pozadawać mu pytania. Albo przynajmniej być świadkiem dialogu między moimi koleżankami i kolegami, a panem Nowakiem. Mądry wykładowca nawet najgłupsze czy najbardziej agresywne pytanie potrafi obrócić ku pożytkowi swoich studentów.

A jeśli pan Niewieski nie umie wykorzystać pytań swoich studentów w nauczaniu (nawet, jeśli są chaotyczne albo niezbyt mądre), więcej: jeśli pan Niewieski skarży się na przerywanie wykładu pytaniami, to pan Niewieski powinien zastanowić się, kto tutaj naprawdę jest na niewłaściwym miejscu, i kto właściwie jest w pełni sprawny umysłowo.

Napisałem przed chwilą „deal with it”. Właśnie. Druga sprawa też dotyczy kompetencji wykładowcy. Każdy wykładowca z jakim-takim doświadczeniem pedagogicznym powinien sobie z palcem w nosie poradzić z sytuacją, którą pan Nowak opisuje. Dowodem na mój brak wyobraźni jest to, że nie wyobrażam sobie, jak wykładowca może sobie nie poradzić w tego typu sytuacjach. Jest zylion możliwości. Jak pan Nowak, przepraszam, pan Niewieski zareagował na wybryki wspomnianego studenta, że teraz się go boi, zamiast albo włączyć sensownie w zajęcia, albo ustawić do pionu, i to bez pomocy władz akademickich?

Jedyne, co mogę sobie wyobrazić, to bekę z wykładowcy, jaką mają studenci („zahukani przez ideologię poprawnościową”, my ass). Teraz już jest jasne, dlaczego pan Nowak użył wymyślonej postaci pana Niewieskiego: bo inaczej tekst za bardzo przypominałby płaczliwą skargę niekompetentnego nauczyciela.

To co to jest — nie umie sobie poradzić ze studentem, więc żali się w gazecie?

 
 


Post scriptum

Po pierwsze, wiadomo już, jak pan Nowak poradził sobie ze studentem cierpiącym na zespół Aspergera. Nie poradził sobie. Po prostu nie wpuścił go na drugi wykład:

… prof. Nowak nie wpuścił go na drugie zajęcia, bo po pierwszych uznał go za „wariata”. – Chłopak nie rozumiał, dlaczego nie może wejść, sytuacja trwała około 20 minut. Prawie płakał, cholernie mu zależało na wszystkich zajęciach, nie wiedział, o co chodzi. Pan profesor nie potrafił mu tego wyjaśnić i kazał mu wyjść. Następnie przy zamkniętych drzwiach wszystkim „zdrowym” studentom przez pół godziny opowiadał o konieczności wyrzucenia z uczelni wyższych „wariatów i kryminalistów”, wśród których znalazł się mój kolega – relacjonuje student.

Po drugie, na zachowanie pana Nowaka zareagował Uniwersytet w Białymstoku:

Ubolewam, że przedstawiciel kadry uniwersyteckiej publicznie wyraża opinie i poglądy, które mogą być odbierane jako podważające idee tolerancji i wrażliwości społecznej. Uważam ten sposób prowadzenia dyskusji o obecności osób z niepełnosprawnościami, o specjalnych potrzebach edukacyjnych, na uczelni za nieodpowiedni dla przedstawiciela środowiska akademickiego.

(interpunkcja oryginalna)

Po trzecie, pan Nowak jest zastępcą naczelnego czasopisma „Kronos” (co być może tłumaczy, dlaczego wszystkie jego recenzowane prace ukazały się w tym kwartalniku). Kwartalnik Kronos na swojej facebookowej stronie zamieścił taką oto wypowiedź:

schlick

W kontekście artykułu Piotra Nowaka jest to dość odważne nawiązanie. Jacek Dehnel skomentował to na facebooku w ten sposób:

Otóż ustalmy fakty (…). Johann Nelboeck, który zastrzelił Schlicka, był leczony psychicznie (diagnoza: osobowość schizoidalna; nic nie wiadomo, żeby miał zespół Aspergera, którego wówczas w ogóle nie znano – Hans Asperger po raz pierwszy opisał zjawisko w 1944 roku). Biegli w procesie ustalili wszakże, że w momencie popełnienia morderstwa był on całkowicie poczytalny. Natomiast, o czym redakcja filozoficznego kwartalnika Kronos zapomniała powiedzieć, Nelboeck był nazistą. Nie wyraził skruchy i postanowił spożytkować proces na wygłaszanie swoich teorii o szkodliwości działań akademickich Schlicka, który „swą anty-metafizyczną filozofią podkopał w nim wrodzone zasady moralne”. Przy okazji sugerowano, że Schlick (pochodzący z drobnej szlachty pruskiej) jest przedstawicielem żydowskiej nauki – i w rezultacie morderca dostał niski wyrok dziesięciu lat więzienia. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby przywoływać w tej sprawie Nelboecka – problemem nie było wcale to, że pozwolono chodzić na studia człowiekowi ze zdiagnozowanym zaburzeniem osobowości, tylko rozwijający się w Austrii nazizm, który dzielił ludzi na tych, którzy mają prawo do życia, oraz na innych. Na szczęście dla Nelboecka wykpiwani przez redakcję „Kronosa” „obrońcy >>inności<< i przeciwnicy >>dyskryminacji<<” przegrali ze zwolennikami zdrowego społeczeństwa i dziarskiej segregacji. Odsiedział on zaledwie dwa lata, bo po Anschlussie uzyskał zwolnienie. Po wojnie zdążył jeszcze pozwać innego członka Koła Wiedeńskiego, Victora Krafta, za nazwanie go „paranoicznym psychopatą”.

Cały komentarz do przeczytania tutaj.

(komentarz został zresztą przez FB skasowany, a konto Dehnela — zawieszone)


„Pozostawienie Puszczy samej sobie to zbrodnia, to zamach na świętość, kulturę!”

— pan Nowak, leśnik (źródło)

Nawiasem mówiąc, całkiem niezły artykuł jest na stronach forestbiology.org (Pracownia biologii lasu UW). Miejscami trochę emocjonalny, ale przede wszystkim solidnie cytujący źródła naukowe.


geiringer

I am sure that our President would not approve of a woman. We have some women on our staff, so it is not merely prejudice against women, yet it is partly that, for we do not want to bring in more if we can get men.

— odpowiedź udzielona Hildzie Geiringer w latach pięćdziesiątych

Natknąłem się na postać Geiringer przygotowując wykład o linkage disequilibrium (LD1). Geiringer w latach czterdziestych m.in. stworzyła matematyczne podstawy teorii LD. Była austriacką matematyczką pochodzenia żydowskiego . Gdy już-już prawie miała profesurę w Berlinie (a była wtedy młodsza ode mnie), inny Austriak doszedł w Niemczech do władzy i musiała wiać. Pracowała później w Turcji i Stanach, opublikowała kilkadziesiąt prac w najróżniejszych dziedzinach, ma ponad tysiąc cytowań — prac pisanych kilkadziesiąt lat temu!

Na jej pracę o LD natrafiłem przeglądając artykuł Lewontina i Kojimy z 1968, gdy szukałem najwcześniejszych matematycznych podstaw teorii LD:

Essential to a discussion of the two-locus problem is the concept of linkage equilibrium. This problem has been dealt with by Geiringer (1944) and can be summarized as follows…

Przez całe życie zmagała się z dyskryminacją.

Trzeba jednak przyznać, że w 1956 berliński uniwersytet (chyba HU?) nadał jej status professor emeritus i pełną pensję.



  1. podobno po polsku mówi się „nierównowaga sprzężeń” — chodzi o sytuację, gdy geny są np. blisko siebie na chromosomie, i w związku z tym nie segregują niezależnie do gamet 

72-latek zastrzelony na polu kukurydzy koło Miechowa. Mężczyzna zrywał kolby z cudzego pola, pochrząkując. W zapadającym zmroku myśliwy wziął go za dzika

Kuba Grom, autor blogów Biblia Curiosa i Nowa Alchemia przegryzł się przez doniesienia prasowe o śmiertelnych wypadkach z bronią myśliwską (nie liczył morderstw i samobójstw), które wydarzyły się w przeciągu ostatnich piętnastu lat. Wychodzi ok. 2 śmiertelnych przypadków rocznie. Rzecz ciekawa, jedna trzecia ma związek z polowaniem na dziki — prawie zawsze chodziło o pomylenie człowieka z dzikiem, często na polu kukurydzy (4 takie przypadki). Podobno to dlatego, że tylko dziki i ludzie hałasują, więc łatwo je po ciemku pomylić.

Prawdę powiedziawszy, to o wiele mniej niż się spodziewałem, zważywszy na to, jak sytuacja wygląda we Włoszech i Niemczech. Z drugiej strony — myśliwych w Niemczech jest mniej więcej tyle samo co w Polsce, ale polują ze dwa-trzy razy intensywniej. Zatem ten dolny szacunek (2 ofiary rocznie) może być bliski prawdy.

Swoją drogą, źródła niemieckie też przytaczają makabryczne anegdoty: przed laty w Regensburgu myśliwy-amator pomylił ze stadem dzików oddział Bundeswehry, który akurat ćwiczył w lesie, i zastrzelił 23-letniego rekruta.

Nie wydaje mi się, żeby liczba ofiar śmiertelnych i wypadków wymagała zakazu łowiectwa. Z całą pewnością wypadałoby przeprowadzać regularne badania (np. wzroku) oraz znajomości kodeksu, a także prowadzić dokładne statystyki. Natomiast jestem całym sercem za obśmiewaniem wąsatych stworzonek w zielonej bieliźnie i pomarańczowych kurteczkach. Szczególnie jak bajdurzą o ekologii i równowadze w przyrodzie.


Delfiny

18Wrz14

Jak co roku, rybacy / myśliwi w Taiji zabijają delfiny butlonose. Przy pomocy hałasu delfiny zagania się do zatoki i blokuje ujście sieciami.

Do zabijania delfinów służą metalowe pręty. Pręty wbija się w rdzeń kręgowy, i pozostawia delfina, żeby się udusił i wykrwawił. Tradycja. Trzeba przyznać, że nikt nie mówi o tym, że w ten sposób chroni przyrodę.

Martwy delfin wart jest zaledwie $600. To tyle, co tańsza wersja lustrzanki Canona, z tym, że delfinów butlonosych (a jest to jeden z najliczniejszych gatunków delfina) jest sześćset tysięcy, a Canon niedawno sprzedał 70-milionową lustrzankę z linii EOS.

Podobno główną siłą ekonomiczną napędzającą masakrowanie delfinów są jednak delfinaria, ponieważ przed rozpoczęciem masakry odławia się trochę delfinów na sprzedaż. Pamiętajcie o tym, gdy następnym razem będziecie chcieli zapłacić za wstęp do delfinarium.

Oczywiście, na delfiny poluje się nie tylko w Taiji.


„Na początku powinien być wezwany Bóg słowami: » W imię Boga, Miłosiernego, Litościwego. O Najwyższy, wielbimy Ciebie i Twojego Proroka, modlimy się do Ciebie i prosimy, abyś pobłogosławił ten zabieg najwspanialszego makrumah. Następnie przystępujemy do zabiegu. Trzymamy mocno dziewczynę za kończyny i wsadzamy jej w zęby drewniany klocek, aby nie odgryzła sobie języka. Wycinamy łechtaczkę dokładnie, tak by nie pozostał po niej ślad, bo po kilku latach odrośnie i trzeba będzie powtarzać operację. Obrzezanie dziewczyny musi być przeprowadzone przez chirurga płci męskiej i chirurga-kobietę. Oboje muszą wyznawać islam i być pobożnymi ludźmi. W celu zmniejszenia bólu muszą być zastosowane najlepsze środki farmakologiczne. Obrzezanie dziewczynki powinno być zrobione w ciągu dnia, aby złe dżiny nie miały dostępu do wszystkich obecnych. Powinno odbyć się to w całkowitej tajemnicy, aby źli ludzie i niewierni nie powstrzymali zabiegu”.

— profesor Abd-al-Salam Abd-al Rahim Al – Sukkari, za „Piekło Kobiet” w DF

Powody obrzezania okaleczania kobiet, za Sami A. ALDEEB ABU-SAHLIEH (Medicine and Law Volume 13, Number 7-8: Pages 575-622, July 1994.):

A) It maintains cleanliness

Doctor Hamid Al-Ghawabi states that bad smells in women, cleanliness notwithstanding, can only be eliminated by cutting off the clitoris and labia minora109.

B) It prevents diseases

The number of nymphomaniacs is less among circumcised women. The husband may catch this disease and even die of it 110. Female circumcision prevents vaginal cancer 111 and swelling of the clitoris which could drive the woman to masturbation or homosexual relations 112.

C) It brings calm and gives radiance to the face

Female circumcision shields the girl from nervousness at an early age and prevents her from getting a yellow face. This statement is based on a narration by Mohammed: „Circumcision is makrumah for women” and „give them a glowing face”113. The exciser’s narration is also quoted to say that circumcision makes a woman’s face more beauutiful and makes her more attractive for her husband 114. According to a supporter of female circumcision, the latter brings good health and feminine grace to the girl and protects her morality, chastity and honour, maintaining within reason, of course, the necessary sexual sensitivity 115.

D) It keeps the couple together and prevents drug use

Doctor Hamid Al-Ghawabi admits that female circumcision does reduce the sexual instinct in women, but he sees this as a positive effect. With age, the male sexual instinct lessens. His circumcised wife will then be at the same level as him. If she was not, her husband would be unable to satisfy her, which then would lead him to drug-use in order to succeed 116.

E) It prevents her falling into what is forbidden

This is the most frequently cited reason. Professor Al-‚Adawi from Al-Azhar says that female circumcision is makrumah, that is helps (the woman) „to remain shy and virtuous. In the Orient, where the climate is hot, a girl gets easily aroused if she is not circumcised. It makes her shameless and prey to her sexual instincts, except those to whom God shows compassion” 117.

Judge ‚Arnus says that female circumcision diminishes sexual instinct which, if not kept in control, reduces the person to the condition of an animal, but if this sexual instinct does not exist, then circumcision reduces her to a lifeless state. (…)

Circumcision. Makes. A woman’s face. More beautiful.


W filmach o chorobach często pojawiają się naukowcy pracujący w baloniastych, kosmicznych skafandrach. Czy takie skafandry stosuje się w rzeczywistości? Tak — w niektórych przypadkach. Ogólnie rzecz biorąc, stopnie zagrożenia biologicznego są (w uproszczeniu) cztery, i stosuje się je w zależności od rodzaju organizmów, z którymi się pracuje. Każdy z poziomów bazuje na poprzednim, tzn. reguły dotyczące niższego poziomu dotyczą też wszystkich wyższych poziomów.

1. BSL1 to najniższy stopień. W zasadzie każde laboratorium biologiczne to BSL1. Pracuje się tu z dobrze poznanymi szczepami bakterii, takimi jak E.coli, bakteriami niechorobotwórczymi i tak dalej. Oczywiście, nawet tu obowiązuje wiele zasad: zawsze należy mieć fartuch, nie wolno jeść ani pić, nie wolno zmieniać soczewek kontaktowych i tak dalej. Odpady biologiczne zbiera się osobno i autoklawuje. Pracę można wykonywać na otwartym stole laboratoryjnym (benchu).

BSL-2 US

2. W BSL2 musiałem spędzić sporą część swojego doktoratu, ale nie było to bardzo uciążliwe (a raczej — było, ale dlatego, że pomieszczenie było ekstremalnie ciasne i gorące). Poziom ten nie różni się aż tak od BSL1. Tu pracuje się z niezbyt groźnymi czynnikami chorobotwórczymi, do których zalicza się m.in. wirusa grypy A, salmonelle, mykoplazmy, a nawet MRSA. Główną różnicą jest dostępność laboratorium dla osób z zewnątrz i przeszkolenie personelu.

Także i tu prace można wykonywać na otwartym benchu, o ile nie grożą infekcję — np. jeśli możliwe jest powstawanie aerozolu, należy doświadczenie przeprowadzić w specjalnej komorze.

3. BSL3 wygląda już bardziej filmowo; zresztą, takie laboratorium można było zobaczyć na świetnym filmie „Contagion„. BSL3 służy do pracy z patogenami naprawdę niebezpiecznymi, mogącymi wywołać poważną lub śmiertelną chorobę i które zakażają drogą oddechową. Do nich zalicza się pałeczkę dżumy (Yersinia pestis), prątek gruźlicy (Mycobacterium tuberculosis), Leishmanię i wirusa zachodniego Nilu.

Praca w BSL3

Praca w BSL3

Laboratorium BSL3 musi być zaopatrzone w szereg urządzeń. Po pierwsze, wchodzi się i wychodzi z niego przez osobne śluzy. W laboratorium panuje sztucznie utrzymywane podciśnienie, aby nic się z niego nie wydostawało, a wysysane powietrze trafia przez sterylne filtry. Prawie wszystko, co wychodzi z BSL3, wychodzi przez autoklaw. Dostęp jest ściśle kontrolowany i można go uzyskać albo będąc pod opieką uprawnionej osoby, albo po ukończeniu odpowiedniego szkolenia.

Pracujący w BSL3 muszą być odpowiednio przebrani. W śluzie zdejmujesz wszystko, poza bielizną, i wkładasz spodnie, bluzę, kitel, skarpetki i gumowe buty. Na ręce zakładasz gumowe rękawiczki i przyklejasz je do rękawa kitla srebrną taśmą (duct tape). Na głowę czepek ochronny, na twarz maska filtrująca powietrze, którą mocno zaciska się na nosie. Łatwo rozpoznaję, kto właśnie wrócił z BSL3: na twarzy ma czerwone odparzenia od maski. Ci, którzy pracują z aerozolami (np. osoby infekujące aerozolem zwierzęta doświadczalne) muszą dodatkowo założyć ochronną maskę z respiratorem. Do pracy zakłada się jeszcze drugą warstwę rękawiczek. Szczegóły wymaganego stroju ochronnego zależą od konkretnej instytucji.

Pracuje się wyłącznie w boksie, tzn. komorze z nawiewem laminarnym. Poza komorą wszystkie próbki muszą być szczelnie zamknięte. Wszystko musi być porządnie zdezynfekowane, a na prawie każdą ewentualność istnieją protokoły. Zdarza się, że komuś coś wypadnie z ręki, że popsuje się jakieś urządzenie, że nawet laboratorium zaleje woda z pękniętej rury — na to wszystko są przygotowane schematy działań, najczęściej potwornie upierdliwe i czasochłonne.

Przy wychodzeniu wszystko to trafia do autoklawu. Wszystko, z wyjątkiem bielizny. Również urządzenia — zatem elektronika (taka jak radio, komórka czy aparat, ale też FACS za dwieście tysięcy) albo zostaje w laboratorium na zawsze, albo zostaje uszkodzona.

4. BSL4 to najwyższy poziom zagrożenia biologicznego. To takie laboratorium, jakie widać np. w tym kiepskim filmie z Dustinem Hoffmanem: niebieskie ludziki w nadymanych skafandrach. Ten poziom dotyczy przede wszystkich silnie zakaźnych, bardzo niebezpiecznych wirusów, na które nie istnieje lekarstwo ani szczepionka. Głównie chodzi więc o różne rodzaje gorączek krwotocznych, Ebolę, a także wirusa czarnej ospy (mimo istnienia leków i szczepionki).

Świetnie można zobaczyć laboratorium i stację opieki BSL4 na poniższym filmiku, nakręconym podczas ćwiczeń zespołu Instytutu Chorób Tropikalnych kliniki Charité w Berlinie (film po niemiecku):

Film pokazuje jedną ciekawą rzecz: otóż stacja jest zabezpieczona nie tylko przed organizmami chorobotwórczymi, ale również przed pacjentami — nie da się łatwo wydostać ze stacji; drzwi są zamykane, okna włamanioodporne.

To właśnie na tym poziomie stosuje się owe „kosmiczne”, a w każdym razie — w pełni hermetyczne skafandry. Nadciśnienie gwarantuje, że nawet przy lekkim uszkodzeniu czynniki chorobotwórcze nie dostaną się do środka. Skafandry umożliwiają staranną dezynfekcję silnymi odczynnikami, a także, dzięki szczelności i nadciśnieniu, utrudniają nieumyślny kontakt z patogenem. Oczywiście, nie chronią przed wszystkim — np. przed skaleczeniami.

Tak wyglądała praca nad szczepionką na wąglik w Porton Down w 1964

Piątego listopada 1976 roku pewien naukowiec pracujący w specjalnym laboratorium wysokiego stopnia zagrożonia biologicznego w Microbiological Research Establishment, Porton Down, UK ukłuł się w palec podczas analizy tkanek pobranych od świnek morskich. Natychmiast zdjął rękawiczkę i zdezynfekował dłoń, wygniatając palec, w który się ukłuł — wszystko zgodnie z protokołem. Palec nie krwawił, a oględziny za pomocą lupy nie pozwoliły dostrzec żadnej rany. Mimo to poddany kwarantannie i obserwacji naukowiec sześć dni później bardzo ciężko zachorował.

Świnki morskie zainfekowano bowiem nieznanym wcześniej czynnikiem chorobotwórczym, który pochodził z próbek pobranych od pacjentów cierpiących na gorączkę krwotoczną w centralnej Afryce — południowym Sudanie i Zairze (jak wówczas nazywano Demokratyczną Republikę Konga). Pechowy naukowiec miał jednak dużo szczęścia — przeżył. Jest to jeden z pierwszych dokładnie opisanych przypadków Eboli.

Na koniec jeszcze dwie rzeczy, jakie spotyka się w laboratoriach.

Rękawiczki. Kiedy robiłem doktorat, polecono mi nawet pracować w BSL2 z minimalnie chorobotwórczymi bakteriami bez gumowych rękawiczek. Uzasadnienie było ciekawe: osoby pracujące gołymi rękami bardziej zwracają uwagę na zanieczyszczenia i staranniej podchodzą do dezynfekcji — a na gumowych rękawiczkach świetnie można przenosić patogeny, jeśli się ich porządnie nie zdezynfekuje. Rękawiczki stosowałem raczej do ochrony próbek przed zanieczyszczeniami pochodzącymi z moich rąk, zwłaszcza niszczącymi moje próbki RNA enzymami trawiącymi RNA, których mamy pełno na rękach. Oczywiście w rękawiczkach pracuje się też z substancjami toksycznymi, rakotwórczymi albo radioaktywnymi, ale do pracy na codzień w BSL1 czy BSL2 nie są konieczne.

1280px-UV-ontsmetting_laminaire-vloeikast

Komora ze sterylnym nawiewem laminarnym, aka laminar, aka laminat, aka nawiew, aka boks. Znów: komora wygląda szpanersko, ale głównie stosuje się ją do ochrony próbek przed bakteriami z powietrza czy chuchu naukowca, a nie naukowca przed próbkami (oczywiście naukowca też chroni, dlatego w BSL3 i 4 trzeba pracować zawsze w boksie). Boks umożliwia sterylną pracę bez niebezpieczeństwa, że przywiana przez wiatr bakteria zainfekuje nasze płytki agarowe albo kultury komórkowe. Szpanerskie fioletowe światło to oczywiście UV służący do dezynfekcji boksu.