Mówi się, że spadochrony chronią przed śmiercią osoby, które wypadają z samolotu. Jednak chociaż światowe koncerny spadochronowe zarabiają krocie na sprzedaży spadochronów, nie ma żadnych solidnych dowodów na to, że spadochrony rzeczywiście działają! Nowa praca amerykańskich uczonych demonstruje, że kosztowne i niewygodne spadochrony wcale nie pomagają osobom, które wypadły bądź wyskoczyły z samolotu.

Jak wiadomo, w nauce i medycynie twardych dowodów dostarczają jedynie kontrolowane badania randomizowane (randomized controlled trials, RCT). W takich badaniach losowo dzieli się testowane osoby na dwie grupy, po czym jednej aplikuje się np. badany lek, a drugiej – placebo. Tylko w taki sposób można dowieść skuteczności działania leków, wiadomo o tym od lat!

Jeszcze lepiej, kiedy szereg takich badań podsumowuje się w jednej dużej analizie (zwanej meta-analizą). Kiedy jednak w 2003 naukowcy brytyjscy podjęli się trudu dokonania meta-analizy badań RCT skuteczności spadochronów, okazało się, że nikt nigdy takich badań jeszcze nie przeprowadził. Jak piszą w abstrakcie,

Results We were unable to identify any randomised controlled trials of parachute intervention.

Skuteczność spadochronów opiera się więc wyłącznie na przemyśleniach teoretycznych (grawitacja) i danych korelacyjnych! A korelacja, jak wiadomo, to jeszcze nie związek przyczynowo skutkowy.

Nie wiadomo, czemu takie prawdziwe, kontrolowane badania właściwie nie powstają. Czy stoją za tym miliardowe zyski koncernów wojskowych? Nie wiemy.

Na szczęście lukę postanowili wypełnić amerykańscy naukowcy. W grudniowym numerze prestiżowego czasopisma British Medical Journal ukazał się artykuł opisujący pierwszy w historii RCT spadochronów. O wyskoczenie z samolotu poproszono grupę 92 osób, z których 23 zgodziły się wziąć udział w badaniu. Osoby testowane podzielono losowo na dwie grupy, jednej przydzielono spadochrony, drugiej – puste plecaki.

I co? Nie zaobserwowano żadnych istotnych statystycznie różnic pomiędzy obiema grupami, ani co do liczności czy rodzaju urazów, ani co do śmiertelności. Wyniki są więc jednoznacznie: od kilku stuleci byliśmy oszukiwani i zwodzeni za nos przez ludzi usiłujących sprzedać nam kawałek bezwartościowej jedwabnej szmatki.

Oczywiście, to dopiero pierwsze tego typu badania, nie do końca idealne. Autorzy zauważają np. istotne różnice między osobami, które zgodziły się na udział w badaniach a tymi, które do badań nie chciały przystąpić. Na przykład, te pierwsze poruszały się istotnie wolniej – 0 km/h vs 800 km/h, oraz znajdywały się na niższej wysokości, tzn. 60 cm a nie 9146 m, co nie jest dziwne, zważywszy że wyskakiwały z niewielkiego dwupłatowego samolotu stojącego na łące.

Dobra, a teraz na serio, o co w tym chodzi. Nie chodzi tylko o natrząsanie się z poglądu „szach mat, correlation is not causation!”. Nie jest to też alegoria dla szczepionek i niektórych argumentów proepidemików (w końcu szczepionki bada się przy pomocy RCT). Chodzi o to, że RCT rzeczywiście mogą czasem dostarczać skrzywionych odpowiedzi w związku z tym, że osoby poddające się próbom klinicznym często nie są losową próbką z populacji, której dotyczy badanie. W szczególności może się zdarzać, że osoby poddawane badaniu są systematycznie mniej narażone na potencjalne negatywne skutki takiego badania.

Więcej szczegółów (i parę śmiesznych zdjęć) w komentarzu „We jumped from planes without parachutes (and lived to tell the tale).

No chyba że jest to tania próba otrzymania IgNobla.

Smith, Gordon CS, and Jill P. Pell. „Parachute use to prevent death and major trauma related to gravitational challenge: systematic review of randomised controlled trials.” Bmj 327.7429 (2003): 1459-1461.

Yeh R. W. et al. Parachute use to prevent death and major trauma when jumping from aircraft: randomized controlled trial
BMJ 2018; 363 doi: https://doi.org/10.1136/bmj.k5094 (Published 13 December 2018)

Reklamy

tl;dr: ponieważ zarzut niefalsyfikowalności teorii ewolucji (sam Popper, panie!) wraca jak nieświeże sardynki, spisałem krótką odpowiedź, żeby mieć pod ręką.

Jednym z zarzutów, który wyciąga się przeciw teorii ewolucji jest kryterium falsyfikowalności. Według najprostszej formy tego zarzutu,teoria ewolucji jest nauką historyczną (dotyczącą zdarzeń, które już nastąpiły), więc nie można jej sfalsyfikować, bo nie możemy niczego przewidzieć. Argument podobno wytoczył sam Popper.

To jednak jest naiwne rozumienie zarówno metodologii nauki, jak i samej nauki o ewolucji. Po pierwsze, żadnej teorii nie da się tak po prostu sfalsyfikować: postulujemy co najwyżej falsyfikowalność hipotez. Teoria ma w tym ujęciu generować hipotezy, które mogą być skonfrontowane z empirią1.

Po drugie, możliwe są przewidywania historyczne. Jeśli czegoś nie wiemy, to nawet, jeśli to coś zaszło w przeszłości, możemy na ten temat spekulować. Na przykład, jeśli stawiamy hipotezę o tym, że zdolność do trawienia laktozy w dorosłym życiu jest adaptacją, to oczekujemy, że dostrzeżemy ślady doboru naturalnego w ludzkim genomie – nawet, jeśli do tej pory tych śladów jeszcze nie znaleźliśmy. Jeśli postulujemy, że człowiek i małpy naczelne mają wspólnego przodka, to możemy tę hipotezę sprawdzić, badając geny człowieka, szympansa i goryla.

Po trzecie wreszcie, ewolucja nie generuje wyłącznie historycznych hipotez. Ogólne hipotezy (np. z dziedziny genetyki populacyjnej) można sprawdzać w populacjach eksperymentalnych, a nawet w drodze eksperymentów, w laboratorium. Słynny jest eksperyment Richarda Lenskiego, który od wielu dziesięcioleci hoduje pałeczkę okrężnicy, poddając ją różnym presjom środowiskowym, co m.in. doprowadziło do powstania nowej funkcji (zdolności do tlenowego trawienia pewnego związku, który znajdował się w pożywce, ale którego pierwotny szczep nie potrafił wykorzystać).

Sam Popper faktycznie sądził, że teoria ewolucji nie jest falsyfikowalna. Jednak zastrzeżenie Poppera było nieco inne i które brało się z niezrozumienia doboru naturalnego. Popper usłyszał frazę Spencera o „przeżyciu najstosowniejszego” (survival of the fittest). No ale co to znaczy fittest – ten, który przeżywa, prawda? W takim razie fraza sprowadza się do „przeżywa ten, który przeżywa” i cały ten dobór naturalny jest tautologią. Popper, który teorię ewolucji jak najbardziej szanował, nazwał ją wobec tego „niezwykle skuteczną metafizyką” (most successful metaphysical research programme)2.

Najstosowniejszym sposobem wyjaśnienia tego problemu jest… przyznanie krytyce racji. Dobór naturalny w swoim podstawowym znaczeniem nie jest ani teorią, ani hipotezą, tylko mechanizmem: jeśli a, be i ce, to de. Jeśli jest zmienność pewnej cechy w jakiejś populacji, jeśli ta zmienność się dziedziczy i wpływa na tempo propagacji różnych wariantów cechy (czy to przez przeżycie, czy bezpośrednio), to nastąpi zmiana proporcji tych wariantów w populacji. Tu nie ma teorii, nie ma hipotezy, jest maszyna prosta, matematyka – czyli, technicznie rzecz biorąc, tautologia.

Ale to nie szkodzi, bo teoria doboru naturalnego nie sprowadza się do zidentyfikowania tego mechanizmu: osią jest przypuszczenie, że dobór naturalny jest jednym z głównych mechanizmów napędowych ewolucji, odpowiedzialnym m.in. za powstawanie adaptacji. A hipotezy adaptacyjne (jak ta z trawieniem laktozy) są jak najbardziej falsyfikowalne.

Popper zresztą po latach sam przyznał się do błędu:

The fact that the theory of natural selection is difficult to test has led some people, anti-Darwinists and even some great Darwinists, to claim that it is a tautology. (…) I mention this problem because I too belong among the culprits. Influenced by what these authorities say, I have in the past described the theory as „almost tautological,” and I have tried to explain how the theory of natural selection could be untestable (as is a tautology) and yet of great scientific interest. (…) I have changed my mind about the testability and logical status of the theory of natural selection; and I am glad to have an opportunity to make a recantation.
[Popper, 1978, „Natural Selection and the Emergence of Mind.” Dialectica, 32:339-355]


  1. Bardzo przepraszam wszystkich znających filozofię za takie upraszczanie czegoś, o czym napisano tomy. Moje przeprosiny odnoszą się do całej tej notki. 
  2. Znowu upraszczam, argumentacja jest nieco bardziej złożona

tl;dr: Według powszechnego mniemania, Big Pharma zarabia ciężkie krocie na szczepionkach i antybiotykach, wmuszając w nas niepotrzebne leki. W rzeczywistości jest o wiele gorzej.

Miałem ostatnio okazję uczestniczyć w dwóch konferencjach na temat światowych problemów zdrowotnych („global health„), Grand Challenges Annual Meeting i Infectious Diseases in the 21th century. Naukowcy na tych konferencjach są zgodni: nie wiemy, kiedy będzie następna pandemia, nie wiemy też, co ją wywoła (chociaż stawiałbym na jakiegoś nowego wirusa grypy). Wiemy natomiast, że prędzej czy później będzie. I – że nie będziemy na nią dostatecznie przygotowani. Nie ma szczepionek… i mamy coraz mniej skutecznych antybiotyków.

Choroby zakaźne to groźny przeciwnik, bo chorobotwórcze bakterie, wirusy i grzyby ewoluują cały czas. Sprawia to, że antybiotyki bardzo szybko się starzeją – oporność pojawia się i błyskawicznie rozprzestrzenia. Oporne na penicylinę bakterie pojawiły się parę lat po tym, jak zaczęto ją masowo produkować. W 2015 nagrodę Nobla otrzymała chińska naukowczyni, Tu Youyou, za odkrycie w latch 70′ artemisyniny, skutecznego leku na malarię. Artemisynina została wprowadzona do użycia w latach 90′, jednak już w 2006 WHO zaleciło, by zawsze podawać ją wraz z innymi lekami antymalarycznymi, aby zredukować do minimum szansę na pojawienie się oporności u wywołujących malarię jednokomórkowców. Dwa lata później odkryto pierwsze zarodźce malarii oporne na artemisyninę.

Ilustracja poniżej z pracy przeglądowej Kennedy’ego i Reeda powinna zaniepokoić każdego. Przedstawiono na niej okres, jaki upływał od wprowadzenia leku do czasu odkrycia pierwszych mikroorganizmów opornych na dany lek. Jak widać, czasem wystarczą dwa-trzy lata. Oczywiście, to nie oznacza że antybiotyki te stają się bezużyteczne, bo większość przypadków wywołują mikroorganizmy nadal wrażliwe na ich działanie. Ale oznacza to, że w pewnym momencie może dojść do epidemii choroby, której niczym nie będzie można wyleczyć.

Oczywiście, wciąż pojawiają się nowe antybiotyki. Problem polega jednak na tym, że coraz wolniej. Coraz trudniej znaleźć lek, który (i) ma działanie bakteriobójcze, (ii) nie wywołuje zbyt szybko powstawania oporności oraz (iii) nie jest trujący dla człowieka. Ten trzeci punkt jest bardzo ważny, w końcu antybiotyki to trucizna, więc chociaż są bardziej szkodliwe dla bakterii niż dla ludzi, to wiele z nich potwornie obciąża organizm ludzki, w ekstremalnych przypadkach prowadząc do uszkodzenia wątroby albo szoku anafilaktycznego. Mimo wykładniczego rozwoju nauki, liczba nowo odkrywanych antybiotyków ciągle spada. Ostatni raz nową grupę antybiotyków odkryto ponad dwadzieścia lat temu (DARQ, do leczenia gruźlicy).

Po pierwsze, wszystkie łatwe do odkrycia grupy antybiotyków („low hanging fruits”) najprawdopodobniej już odkryto, a każda kolejna grupa wymaga wykładniczo rosnących kosztów. I tu dochodzimy do sedna problemu.

Drugim ważnym powodem dla którego nie powstają nowe leki jest Big Pharma. Firmy farmaceutyczne najzwyczajniej w świecie nie mają interesu w badaniu nowych antybiotyków, bo z nich nie ma dużych pieniędzy. Antybiotyki używa się ich krótko i skutecznie (w przeciwieństwie, na przykład, do insuliny albo statyn). W dodatku nowo odkrytych antybiotyków nie stosuje się w powszechnym leczeniu – używa się ich jako leki drugiej i trzeciej linii, dopiero wtedy, gdy konwencjonalne (i tanie) leki zawodzą.

Koszt badań prowadzących do zatwierdzenia nowego leku – łącznie z testami klinicznymi – to średnio dwa miliardy dolarów i ciągle rośnie. W dodatku na każdym etapie badań istnieje spora szansa, że trzeba będzie je przerwać: lek okaże się nieskuteczny lub wręcz szkodliwy. Nie więcej niż 10% leków wchodzących w fazę testów klinicznych dociera do finiszu. A nawet jeśli wszystko się uda, to cały proces – od pierwszych prac naukowych wskazujących na potencjalną użyteczność leku, do dopuszczenia leku do sprzedaży – trwa dziesiątki lat. W przypadku szczepionek ten proces jest jeszcze bardziej kosztowny i długotrwały.

Jest więc trochę prawdy w tym, co zwolennicy teorii spiskowych mówią o Big Pharma: nie opłaca się inwestować w leki, które skutecznie leczą. Nie ma w tym zresztą żadnej tajemnicy: powszechnie wiadomo, że największe zarobki są na leczeniu chorób przewlekłych w bogatych społeczeństwach; na atorwastatynie Pfizer zarobił 125 miliardów w piętnaście lat (dla porównania: najlepiej sprzedająca się szczepionka, Prevnar 13, to przychód ok. 5 miliardów dolarów rocznie). Opłaca się więc inwestować w badanie leków na cukrzycę, choroby serca, raka, a nawet zgagę czy depresję. Big pharma nie musi nam szkodzić, żeby ciągle móc nas leczyć. Dochody z antybiotyków i szczepionek są niewielkie w porównaniu z dochodami z innych kategorii lekowych:

Światowa sprzedaż leków w 2017 roku według klasy leku (źródło: statista.com)

Co można robić? Przede wszystkim spojrzeć na drugą część wykresu z pracy Kennedy’ego i Reeda, tę dotyczącą szczepionek:

W przeciwieństwie do antybiotyków, szczepionki się nie starzeją! Nic dziwnego: to nie szczepionki likwidują chorobotwórcze organizmy. To najbardziej wyrafinowana, najbardziej cwana maszyneria do obrony nas przed mikroorganizmami jaka istnieje na Ziemi: nasz układ immunologiczny. Nie ma bardziej naturalnego sposobu na uchronienie się przed chorobą niż szczepionka. A raz utworzona działająca szczepionka pozostanie skuteczna przez dziesiątki lat[^1]. W kontekście problemów z opornością na antybiotyki tym wyraźniej widać, jak ważną i pożyteczną bronią w walce z epidemiami są szczepionki.

Druga sprawa to w jaki sposób, kijem czy marchewką, nakłonić firmy farmaceutyczne do badań nad nowymi antybiotykami i szczepionkami. Review on Antimicrobial Resistance, inicjatywa powołana w UK przez Davida Camerona proponuje kilka rozwiązań. Przede wszystkim – pieniędzy jest dość, zwłaszcza w kieszeniach Big Pharma. RAR proponuje powołać międzynarodowy fundusz (opłacany m.in. przez Big Pharma), z którego można byłoby dotować badania nowych antybiotyków, zwłaszcza wczesne etapy badań. Najśmieszniejsze jest to, że nawet kilkanaście miliardów przeznaczonych na taki fundusz to dobra inwestycja z punktu widzenia społeczeństwa: koszty w wyniku oporności na antybiotyki szacuje się na dwadzieścia miliardów dolarów – w samych Stanach Zjednoczonych.

[^1] Nawet w przypadku grypy tak naprawdę chodzi o ciągle te same szczepionki, tyle że trzeba co roku użyć do ich produkcji nowego zestawu antygenów.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4378521/
https://www.nature.com/articles/nrd3975#t1

https://dukespace.lib.duke.edu/dspace/bitstream/handle/10161/12742/DiMasi-Grabowski-Hansen-RnD-JHE-2016.pdf;jsessionid=91D3F9729D104D4116FA5F07D61D406E?sequence=1

https://www.reactgroup.org/uploads/publications/react-publications/antibiotic-development-and-the-changing-role-of-the-pharmaceutical-industry.pdf


To stara historia, ale ją tu opowiem, żebyście mieli link do podawania jeśli ktoś znowu wyskoczy z tym durnym argumentem.

Chociaż sąd w Niemczech częściowo [1] przyznał rację przeciwnikowi szczepień, to nie w kwestii istnienia wirusa odry, tylko szczegółów technicznych zakładu o 100,000 EUR: zamiast jednej publikacji naukowej przedstawiono ich sześć. Jeśli chodzi zaś o samo istnienie wirusa, to było dokładnie przeciwnie: sąd pierwszej instancji uznał, że istnienie wirusa odry jest naukowo dowiedzione, a sąd drugiej instancji to potwierdził.

Było tak[2], że pewien antyszczepionkowiec, Stefan Lanka (skądinąd doktor biologii), ogłosił nagrodę 100,000 EUR osobie, która przyśle mu artykuł dowodzący istnienia wirusa odry, przy czym musi być podana średnica wirusa odry. Student medycyny (w tej chwili już lekarz) David Bardens wysłał Lance szereg artykułów naukowych i numer konta, a kiedy Lanka odmówił wypłaty, pozwał go do sądu. I faktycznie, w pierwszej instancji sąd przyznał mu rację.

Ale w kolejnych instancjach Bardens przegrał. Lanka oświadczył bowiem, że chodziło mu o jeden artykuł, a nie ma artykułu, w którym jednocześnie badano by strukturę wirusa (zatem również jego średnicę) i dowodzono jego istnienia. Sąd drugiej instancji uznał, że zgromadzona przez Bardensa literatura nie spełnia wymagań stawianych przez Lankę, bo zawiera więcej niż jeden artykuł, a Lanka miał prawo do ustalania takich warunków, jakie chciał.

Tak więc sąd nie zajmował się pytaniem, czy wirus odry istnieje. Tym zajmował się zresztą sąd pierwszej instancji, który przyznał rację Bardensowi, co potwierdził sąd drugiej instancji[3], więc równie dobrze możemy pisać „niemiecki sąd udowodnił istnienie wirusa odry”[4]. Natomiast przyznał rację, że dowody istnienia wirusa odry znajdowały się w więcej niż jednej publikacji, więc nie spełniały warunków publicznej obietnicy złożonej przez Lankę.

[1] Tu po prawniczemu, fragment wyroku:

Soweit die Berufung des Beklagten zulässig ist, ist sie auch begründet, da der ausgelobte Betrag nur dann hätte verdient werden können, wenn die zu beweisenden Umstände allesamt in einer in sich abgeschlossenen Arbeit dargetan worden wären.

Wyjaśnienie: sąd drugiej instancji odrzucił część apelacji Lanki dotyczących kosztów procesu, tak że Lanka musiał zapłacić Bardensowi kilkaset EUR.

[2] Żeby nie było, że jestem stronniczy, to samo można wyczytać na stronach proepidemików.

[3] Po prawniczemu (z uzasadnienia wyroku drugiej instancji):

Die Beweiswürdigung des Landgerichts dahingehend, dass aufgrund des eingeholten Sachverständigengutachtens bewiesen sei, dass die vom Kläger vorgelegten Publikationen in ihrer Gesamtheit den Nachweis für die Existenz und die Erregereigenschaft des Masernvirus belegten und auch die Bestimmung des Durchmessers in der vom Beklagten verlangten Form gelungen sei, ist im Ergebnis nicht zu beanstanden.

Innymi słowy, nie można niczego zarzucić dowodowi sądu pierwszej instancji, który stwierdził, że przedstawione naukowe prace dowodzą istnienia wirusa odry. W przytoczonym cytacie i następujących po nim paragrafach sąd drugiej instancji odrzuca wszystkie argumenty pozwanego kwestionujące samą naukową część decyzji sądu pierwszej instancji.

[4] Oczywiście, byłoby to bardzo głupie. Od nauki są naukowcy a nie sędziowie. Zresztą, w wyroku jest na ten temat śmieszny akapit. Otóż Lanka w apelacji zarzucił sądowi pierwszej instancji, że nie przeczytał dostarczonych publikacji, bo były po angielsku. Odpowiedź sądu drugiej instancji brzmiała: nawet, gdyby były po niemiecku, to sąd nie ma kompetencji, żeby je oceniać, od tego są rzeczoznawcy, a jak pozwany miał problem z opinią rzeczoznawcy, to miał czas, żeby to przedyskutować w sądzie pierwszej instancji.


tl;dr: Naukowiec napisał artykuł, którego wyniki nie pasują do obowiązującej ideologii. Artykuł został usunięty w imię tej ideologii kolejno z dwóch czasopism, w których się ukazał, już po recenzjach i przyjęciu do druku, a na naukowca zrobiła się nagonka. Łukasz Lamża z „Tygodnika Powszechnego” twierdzi, że krytykujący naukowca „próbują dyktować w imię wyznawanej przez siebie ideologii, jakie hipotezy naukowe wolno dyskutować publicznie.”.

Mnie wydaje się natomiast, że to artykuł naukowca był zideologizowany, a ofiarą prawdziwej nagonki nie jest ani on sam, ani redakcje, które wycofały artykuł, a matematyczka, która go krytykowała.

Dawno temu wydawało się niepodważalną tezą, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn, dlatego nie nadają się na naukowców, nie dostają Nobli ani nie zostają CEO. Badania naukowe jasno tę tezę obaliły, jednak apologeci genetycznych różnic w inteligencji u kobiet przenieśli się na inną hipotezę: oto wśród mężczyzn ma być zarówno więcej jednostek wybitnych, jak i wyjątkowo mało zdolnych, tzn. zmienność wśród kobiet ma być mniejsza niż wśród mężczyzn. O ile rzeczywiście część badań potwierdza tę tezę, a sam fenomen różnicy w zmienności cech między płciami znany jest z innych cech u innych gatunków, o tyle w przypadku inteligencji tu sprawa nie jest jednoznaczna. Co więcej, jeśli nawet różnice w zmienności istnieją, to są zbyt małe, żeby tłumaczyć różnice w zarobkach. Tak czy siak, problem jest wałkowany przez specjalistów psychologii, socjologii i genetyki od dziesięcioleci, z różnymi wynikami.

Tu wkroczył Theodore Hill, emerytowany matematyk i weteran wojny w Wietnamie. Hill wraz z kolegą, Sergiejem Tabecznikowem opublikował model matematyczny opisujący ewolucję wyższej zmienności cech u jednej z płci. Sam model jest prosty (tzw. „toy model”), dlatego warto się mu przyjrzeć, żeby zrozumieć, o co ta cała awantura.

Model Hilla jest na tyle prosty, że do zrozumienia zasady jego działania nie potrzeba znajomości matematyki. Cały pomysł można podsumować jednym rysunkiem:

Mamy dwie, odmienne genetycznie populacje jednego gatunku, A i B. W populacji A zmienność (rozrzut cechy) jest większa niż w populacji B. Jeśli dobór naturalny działa tak, że rozmnażają się tylko osobniki powyżej pewnego progu danej cechy („próg selekcji” na rysunku), to jasne jest, że dobór będzie faworyzował populację A („czerwoną”), bo więcej osobników A się rozmnoży.

Tutaj dochodzimy od razu do dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze, żeby to działało tak, jak na obrazku, to muszą zostać spełnione bardzo konkretne założenia: np. średnia dla obu grup musi być taka sama (bo jeśli grupa B będzie miała wyższą średnią, to i tak wygra; a jeśli mniejszą, to i tak przegra, niezależnie od zmienności), oraz sama cecha nie może się dziedziczyć – dziedziczy się wyłącznie jej zmienność. Bo gdyby cecha się dziedziczyła, to selekcjonowana byłaby cecha, a nie jej zmienność.

Oba założenia są do przyjęcia, gdyby chodziło o jakąś cechę determinowaną pojedynczym genem, ale są mało prawdopodobne, jeśli chodzi o cechę determinowaną wieloma genami, o której wiemy z pewnością, że podlegała doborowi naturalnemu. Innymi słowy, model wymaga dość nieprawdopodobnych założeń. Timothy Gowers, bloger (a oprócz tego nagrodzony medalem Fieldsa matematyk) ujął to wręcz tak:

„Nie mam nic przeciw prostym modelom („toy models”), ale nie podoba mi się to, że ten konkretny prosty model, żeby w ogóle działał, wymaga założeń, które wydają mi się wysoce nieprawdopodobne. I nie mówię o uprawnionych uproszczeniach. Nie; mam na myśli założenia, które najwyraźniej dodano tylko po to, żeby z modelu wyszło to, co Hill chciał żeby wyszło.”

(z blogu Gowersa)

To jedna sprawa.

A druga sprawa, to zauważyliście w powyższym opisie słowa „płeć”, „kobieta”, „inteligencja”? No właśnie. Sam model nie tylko nie wymaga tych pojęć, bo jest prosty i bardzo ogólny, ale nawet nie wymaga działania doboru płciowego! Hill przedstawił go jednak w bardzo konkretny sposób: selekcja jest płciowa, a obie populacje (czarna i czerwona) to jest ta sama płeć. Pomysł jest taki, że jeśli kobiety wybierają na partnerów bardziej inteligentnych mężczyzn, to może prowadzić do zwiększenia zmienności inteligencji wśród mężczyzn.

Zauważcie przy tym, że model nie pokazuje mechanizmu powstawiania zróżnicowanej zmienności ani niczego nie dowodzi: pokazuje tylko, że jeżeli są dziedziczne różnice w zmienności, to mogą być selekcjonowane za pośrednictwem cechy, za której zmienność odpowiadają. Innymi słowy „korzystny” fenotyp to wysoka inteligencja, ale jeśli inteligencja się nie dziedziczy (sic!), tylko dziedziczy się jej zmienność, to ta zmienność może być utrwalona przez dobór naturalny. Z czego wysnuł wniosek, że tak właśnie było.

Hill zatem od samego początku zdecydował się, by trywialny i kulejący model wrzucić w sam środek pola minowego. Że zamiarem Hilla było wzbudzenie kontrowersji (a przynajmniej był świadom, w co się ładuje) świadczy korespondencja, którą opublikował za pośrednictwem retractionwatch.com.

Praca Hilla i Tabecznikowa została przyjęta przez „Mathematics Intelligencer”, a potem usunięta. Nie było to eleganckie, ale tak się czasem robi; po angielsku nazywa się to „rescinding” i nie jest to to samo co „retraction”. Tabecznikow wycofał się (wg Hilla bał się o granty), a pracę (już tylko Hilla) przyjęło małe czasopismo New York Journal of Mathematics. Tu historia się powtórzyła: początkowo pracę przyjęto (co prawda bez zwykłego procesu recenzenckiego, po znajomości), a potem usunięto bez wyjaśnień. Hill zaczął opowiadać o spisku, grozić pozwami na lewo i prawo i zrobił wokół sprawy spory szum. Do obrony Hilla przed zakusami feministycznej masonerii włączyli się chłopcy z 4chana i reddita.

Oraz Łukasz Lamża, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.

I tutaj dochodzimy do najbardziej nieprzyjemnej części afery. Matematyczka Amie Wilkinson wkurzyła się faktycznie na artykuł Hilla i napisała do redakcji „Mathematical Intelligencer”, domagając się artykułu polemicznego. Ponieważ jednak redakcje czasopism usuwały artykuł (zamiast albo go nie przyjmować do druku – co w świetle problemów z modelem byłoby uprawnione, albo zretortować innym artykułem), winę za to Hill przypisał Wilkinson – a za nim 4chan oraz Łukasz Lamża. Lamża nawet otwartym tekstem zasugerował, że Wilkinson – uznana matematyczka, profesorka matematyki na uniwersytecie w Chicago, z silnym naukowym dorobkiem – ma swój interes w tym, żeby artykuł się nie ukazał, bo… obniża jej szanse na zatrudnienie. Skądinąd w jaki sposób usunięcie artykułu z niszowego czasopisma miałoby „uciszyć” debatę, skoro artykuł jest dostępny przez słynny arXive, w którym publikowano już takie rzeczy jak dowód hipotezy Poincarégo?

Hill twierdzi, że Wilkinson urządziła na niego nagonkę i to ona wymogła na czasopismach usunięcia jego artykułu. Słowo przeciw słowu, bo Wilkinson twierdzi, że niczego takiego nie sugerowała. Jednak jak zauważa Andrew Gelman, opis Wilkinson, Hilla i innych zamieszanych osób zgadzają się co do większości faktów, więc można odtworzyć przebieg wypadków: artykuł został usunięty przez Mathematical Intelligencer po krytyce Wilkinson, Wilkinson nie domagała się jednak jego usunięcia. Do drugiego czasopisma, New York Journal of Mathematics, artykuł dostał się bocznymi drzwiami (bez normalnego procesu recenzenckiego, tylko decyzją odpowiedzialnego redaktora), po czym został usunięty po tym, jak rada redakcyjna sprawdziła proces redakcyjny i podjęła decyzję o usunięciu większością głosów.

I tylko dziwię się, że Łukasz Lamża, zwykle znakomity dziennikarz naukowy, zdecydował się przedstawić tę sprawę tak jednostronnie.

Niestety, niezależnie od jakości pracy Hilla, nie ma wątpliwości że sposób usunięcia jej z obu czasopism jest bardzo problematyczny. Autorzy „Retraction watch” piszą:

„Failing to include a retraction notice or provide any other explanation of a retraction — and that’s what this is, no matter what the journal wants to not call it — violates Committee on Publication Ethics guidelines and might just, well, give ammunition to the idea that this paper fell victim to the culture wars.”

Nie pierwszy to raz, że wokół artykułu naukowego podnosi się szum związany z jego społecznymi implikacjami. Nie chodzi bowiem o to, żeby o pewnych rzeczach nie mówić, jak sugeruje Lamża: chodzi o to, że o pewnych rzeczach trzeba umieć mówić. Zanim zaczniesz się wypowiadać w takich kwestiach, odrób zadania domowe, posłuchaj rad przyjaciół (Hill nie posłuchał) i zachowaj profesjonalizm, nie próbując w pracy naukowej przemycać swoich poglądów.

Praca Hilla jest na tyle słaba, a przede wszystkim zideologizowana, że nie powinna się była w tej formie w ogóle ukazać. Zawalili przede wszystkim recenzenci; jedna z recenzji – jedyna, która ujrzała światło dzienne, bo opublikował jej sam Hill – nie pozostawia wątpliwości co do motywacji recenzenta. Jej autor połowę recenzji poświęca na lamencie w sprawie „prześladowania” za głoszenie poglądów o różnicy w zmienności inteligencji między kobietami i mężczyznami. Po drugie, zawalili redaktorzy obu czasopism: nie dopilnowali procesu recenzenckiego (jedno, bo chciała wywołać kontrowersję, drugie, bo był kumplem Hilla).

Ale oczywiście oberwała Wilkinson.

Artykuł Hilla na arXive.

Niektóre emaile wymienione w sprawie Hilla, które Hill udostępnił dla retractionwatch.com.

Artykuł na retractionwatch.com.

Blog Timothy Gowersa, Additional thoughts on the ted hill paper

Blog Timothy Gowersa, Has an uncomfortable truth been suppressed

Blog Andrew Gelmana, Echo chamber incites online mob to attack math profs


Niemcy prowadzą masową wycinkę drzew zarażonych kornikiem drukarzem. Sytuacja jest poważna, akcja nadzwyczajna, a organizacje ekologiczne i Komisja Europejska – na razie milczą. Pytanie dlaczego, skoro w przypadku podobnych działań prowadzonych w Polsce głośno protestowano?

To prawda – w Niemczech jest szagrożenie kornikiem i leśnicy usuwają w wielu lasach zarażone kornikiem świerki.

Ale odpowiedź na zadane pytanie przez „Wiadomości” jest prosta: działania wcale nie są podobne. W Polsce wycina się przecież mnóstwo drzew w lasach gospodarczych, albo prowadzi interwencje w celu ich ochrony takie jak wycinanie zarażonych drzew, i nikt nie protestuje – dopóki nie chodzi o wycinanie niezwykle cennego przyrodniczo lasu, jakim są lasy Puszczy Białowieskiej. Przecież w proteście dotyczącym Puszczy chodzi w gruncie rzeczy o jedno: leśnicy chcą traktować Puszczę (poza niewielkim rezerwatem ścisłym) jak każdy inny nudny, świerkowy, gospodarczy las o który trzeba dbać jak o pole rzepaku. Naukowcy chcą, by objąć ten las rezerwatem, a przynajmniej w niego nie ingerować, nie wycinać drzew, pozwolić na rozwój kornika, nie usuwać starych czy uschniętych drzew, nie sprzątać przewróconych pni.

Cały dowcip polega na tym, że według naukowców ten las nie jest jak każdy inny. Nie jest taki, jak świerkowe lasy gospodarcze, w których właśnie tną Niemcy. Stąd te protesty, stąd oburzenie! Jest wyjątkiem na skalę światową. Dlatego Puszcza – cała Puszcza, po obu stronach granicy, nie tylko rezerwaty ścisłe – jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO. A obszary, w których prowadzono wycinki, podlegały ochronie w ramach programu Natura 2000.

Dodatkowo akcja w Niemczech wcale nie jest nadzwyczajna – bo w zeszłym roku zagrożenie było jeszcze większe. Od wielu lat osłabione ociepleniem klimatu i suszą świerki padają ofiarą kornika.

Za pozorne podobieństwo wycinania świerków w niemieckich lasach gospodarczych i w Puszczy Białowieskiej odpowiada komedia pomyłek związanych z nazwą „Las Bawarski”. Jeśli ta komedia była celowa, to chapeau bas, bo przyniosła znakomite efekty. Otóż m.in. wycinki drzew z kornikiem następują w lasach Bawarii. A nawet na terenie Lasu Bawarskiego (niektórzy piszą nawet o „Lasach Bawarskich”), a przecież Las Bawarski to Park Narodowy! Niemcy wycinają swoje parki a nam nie wolno!

Pomieszano trzy różne rzeczy:

  • lasy bawarskie, czyli lasy w Bawarii, w dużej części gospodarcze, a więc mało ciekawe przyrodniczo (np. monokultury świerkowe), częściowo prywatne;
  • Las Bawarski, czyli pasmo górskie w Bawarii;
  • Park Narodowy Lasu Bawarskiego, czyli znajdujący się w owych górach park narodowy, w którym – jak w bardzo wielu innych parkach narodowych w Niemczech – pozwala się naturze na swobodny rozwój, m.in. traktuje się kornika jako niezbędny element ekosystemu. Na terenie 2/3 lasu nie podejmuje się żadnych działań ochronnych – niech las sam sobie radzi.

Las Bawarski. Źródło: Wikimedia

Ten ostatni punkt zasługuje na uwagę. Otóż parę dekad temu, na przełomie lat 80′ i 90′, kiedy w Parku Narodowym Lasu Bawarskiego pojawiło się zagrożenie kornikiem, podjęto kontrowersyjną decyzję, żeby nic nie robić. Świerki, których w tych lasach było o wiele więcej niż w Pusczy, pod koniec lat 90′ zaczęły masowo obumierać. Doszło do protestów – leśników jak i mieszkańców. Prasa pisała, że las został „zachroniony na śmierć” (kaputtgeschützt), że do umarłego lasu przestaną przyjeżdżać turyści, że nigdy już tam nie wyrośnie nowy. „A co miało tam wyrosnąć, jak nie las, kort tenisowy?” pytają naukowcy: bo rzeczywiście, czarne przepowiednie się nie spełniły, las się pięknie odnawia. Ruch turystyczny nie zmalał, w obliczu dobrych efektów działań zarządu parku (czy raczej ich braku) przeciwników nieingerencji jest coraz mniej.

Podobnie postępuje się w innych niemieckich parkach narodowych: żadnych działań przeciw kornikowi nie podejmuje się np. w parku narodowym Sächsische Schweiz; tam wręcz prowadzi się aktywne działania mające na celu przekształcenie pozostałości po gospodarczych monokulturach w las mieszany. W Parku Narodowym Eifel naukowcy liczą nawet na to, że gradacja kornika doprowadzi do zmiany składu lasu na bogaty w buki, bardziej naturalny dla tamtego regionu.

Podsumowując, polscy leśnicy tną w lesie, który jest dziedzictwem kulturowym świata, i nie chcą słuchać naukowców. Niemieccy tną w lasach gospodarczych, ale w cennych przyrodniczo lasach decydują naukowcy. Dla Wiadomości TVP to jedno i to samo.


[Nauka nie jest nigdy niczym dobrym, bo wprowadza, tylko zamieszanie, a de facto jest bardzo ograniczona i ułomna, więc nie warto się nią posługiwać]