Z okazji dnia Darwina, krótka notka uściślająca pojęcia.

W przypadku ewolucji, ewolucjonizmu, doboru naturalnego panuje czasem niezłe pomieszanie pojęć. Czy ewolucja jest prawdziwa? Czy to tylko teoria? Czy ewolucja kroczy statecznie, skacze czy może tańczy? Czy ewolucją zajmuje się tylko ewolucjonizm? Czy człowiek pochodzi od Darwina?

Darwin ani nie wymyślił, ani nie odkrył ewolucji. Ewolucja, mówiąc w skrócie, to zmiana gatunków w czasie istnienia Ziemi. Zaobserwowano to zjawisko najpóźniej w siedemnastym wieku, kiedy odkryto, że pewne organizmy występują tylko w pewnych warstwach geologicznych, nigdy ze sobą razem. Okazało się, że warstwy te można łatwo rozpoznać na podstawie występujących gatunków i że mają ustaloną kolejność, którą można odtworzyć, a która jest taka sama na całym świecie (początki stratygrafii stworzył Nicolas Steno, skądinąd katolicki biskup). Szybko też zorientowano się, że wiek tych warstw jest olbrzymi – już w osiemnastym wieku wiedziano, że nie chodzi o tysiące, ale setki tysięcy, a może nawet setki milionów lat. Co więcej, szeregując warstwy od najstarszej do najmłodszej, najpierw pojawiają się w nich rośliny, a potem zwierzęta; najpierw organizmy najbardziej „prymitywne”, a na końcu – te najbliższe człowiekowi.

Równolegle zorientowano się, że wszystkie organizmy na świecie mogą być ze sobą spokrewnione – już w dziewiętnastym wieku naukowcy dość dobrze zdawali sobie z tego sprawę. Pierwsze „drzewa życia” sprowadzające wszystkie organizmy do jednego, no, góra dwóch-trzech drzew filogenetycznych powstawały na przełomie XVIII i XIX wieku. Pomysł ten został wyrażony już przez Buffona w XVIII w., który uważał, że np. różne gatunki kotów są odmianami powstałymi z jednego gatunku wyjściowego. Nie będę tutaj wnikać w szczegóły, dość że najpóźniej z rozwojem biologii rozwoju i genetyki molekularnej mogliśmy się naocznie przekonać, że tak naprawdę jest. Nie jest to w każdym razie pomysł Darwina.

Przy okazji: kto twierdzi, że Ziemia ma kilka tysięcy lat, tyranozaury koegzystowały z ludźmi, że organizmy nie ewoluują, ptaki nie są dinozaurami a człowiek nie jest spokrewniony z małpami naczelnymi) ten neguje geologię, geochemię, biologię (zwłaszcza molekularną) i parę innych dziedzin nauki, aż po fizykę (z jej rozpadami radioaktywnymi) i astronomię, ale nie teorię ewolucji. Na tym etapie bowiem zaobserwowaliśmy ewolucję, ale jeszcze nie mamy teorii.

Drzewo filogenetyczne roślin narysowane przez Augustyna Augiera w 1801.

Kłopot polegał właśnie na wyjaśnieniu, skąd się ewolucja bierze i co jest jej główną siłą napędową. Było kilka pomysłów, ale na kluczowy wpadli niezależnie od siebie Darwin i Wallace, oraz dwóch innych, których historia prawie zapomniała: William Charles Welles i Patrick Matthew.

Pomysłem był dobór naturalny. Dobór naturalny sam w sobie nie jest ani teorią, ani nawet hipotezą, lecz właściwie matematycznym mechanizmem: jeśli spełnione zostaną pewne warunki, to dobór naturalny będzie działał, bez żadnych ale. Dotyczy w równym stopniu żywych organizmów, co wirusów komputerowych albo limfocytów B. Natomiast teoria doboru naturalnego, którą w pełni jako pierwszy sformułował Darwin, przypisuje doborowi rolę głównego mechanizmu napędowego ewolucji.

Zasługą Darwina jest to, że w przeciwieństwie do pozostałych trzech naukowców, którzy dostrzegli dobór naturalny, zastanowił się chwilę, konkretnie prawie dwadzieścia lat, i napisał dobrze udokumentowaną pracę naukową, opublikowaną pod tytułem „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego”.

Praca Darwina pod wieloma względami wyprzedzała swoją epokę. Po pierwsze, Darwin był zdumiewająco nowoczesnym naukowcem: krytykował rozpowszechnione wówczas indukcyjne podejście do nauki (czyli zbieranie faktów, z których ma się wyłonić teoria), zamiast tego postawił hipotezę, a następnie badał jej konsekwencje konfrontując je z obserwacjami.

Darwin miał wiele trafnych spostrzeżeń, o których prawdziwości przekonano się po dekadach rozwoju biologii, zwłaszcza molekularnej. Dostrzegł możliwość dryfu genetycznego i neutralnej ewolucji, oraz przestrzegał przed naiwnym adaptacjonizmem1. Był bardzo ostrożny w formułowaniu swoich wniosków, zdawał sobie sprawę ze swojej ignorancji w wielu kwestiach, na przykład odziedziczalności2; podejrzewał, że nigdy się nie dowiemy o tym, skąd się wzięło życie, więc nie tracił czasu na niesprawdzalne spekulacje. Ba, nawet nie wierzył w „jednostajne” tempo ewolucji, jak mu to później próbowano imputować, lecz sądził, że krótkie okresy, gdy gatunek ewoluuje, rozdzielają długie okresy stazy3. Właściwie ciężko znaleźć w jego głównych książkach o ewolucji („O powstawaniu…” i „O pochodzeniu człowieka…”) fragmenty z gruntu błędne, więcej będzie nieścisłości albo miejsc, w których Darwin jawnie stwierdzał swoją niewiedzę.

Teoria Darwina była pierwszym spójnym i zdatnym do użytku – tj. generującym nowe hipotezy badawcze – programem naukowym ewolucjonizmu, a może nawet całej biologii. Biologia była wtedy w powijakach, nikt nie wiedział jak działa dziedziczenie, nie istniało pojęcie mutacji, genotypu, niewiele wiedziano o biologii rozwoju, co dopiero mówić o jakiejś teorii genetyki populacyjnej! Kiedy zaczęto odkrywać te wszystkie rzeczy, okazało się że teoria doboru naturalnego znakomicie się sprawdza, nie tylko jako wyjaśnienie historyczne z pogranicza biologii i geologii, ale jako podstawa do modelowania procesów, które nadal zachodzą w populacjach wszelkich organizmów, albo których ślady nadal możemy zaobserwować w naszym DNA. Teoria Darwina stała się głównym elementem syntetycznej teorii ewolucji, połączona z nowo poznanymi mechanizmami mutacji, neutralnej ewolucji i dryfu genetycznego, wraz z całym dobrem genetyki molekularnej i biologii rozwoju. Kiedy więc mówimy o „teorii ewolucji”, mamy na myśli ową zjednoczoną teorię, której podstawą i najważniejszym, ale nie jedynym elementem jest darwinowska teoria doboru naturalnego.

Geniusz Darwina możemy docenić właśnie z perspektywy tych wszystkich odkryć współczesnej nauki – które miast wysłać teorię doboru naturalnego do lamusa uczyniły z niej fundament całej biologii.


  1. Oba spostrzeżenia ilustrują fragmenty z „O powstawaniu gatunków…”, 1872: „I am inclined to suspect that we see, at least in some [cases], variations which are of no service to the species, and which consequently have not been seized on and rendered definite by natural selection” (p. 35). „Variations neither useful nor injurious would not be affected by natural selection, and would be left either a fluctuating element, as perhaps we see in certain polymorphic species, or would ultimately become fixed” (p. 63). „We may easily err in attributing importance to characters, and in believing that they have been developed through natural selection” (p. 157); „many structures are now of no direct use to their possessors, and may never have been of any use to their progenitors … [On the other hand,] we are much too ignorant in regard to the whole economy of any organic being to say what slight modifications would be of importance or not” (p. 160/163). 
  2. Fun fact: nie, Darwin nie posiadał kopii pracy Mendla. 
  3. Cytat: „[T]he periods, during which species have undergone modification, though long as measured by years, have probably been short in comparison with the periods during which they have retained the same form.” Origin of Species, 1869, 551
Reklamy

Nie jestem radykałem, który uważa, że polowań trzeba całkowicie zakazać. Bo są różne sytuacje. Na przykład odstrzał przy uprawach nie jest złym pomysłem. Tam trzeba właśnie strzelać, żeby uzyskać efekt odstraszający. Ale ważne jest przy tym zachowanie zdrowego rozsądku. Po co strzelać w lesie, po co uczyć te zwierzaki, podkarmiając je w lasach płodami rolnymi?

Jest też cała masa bezsensownych rzeczy. Po co polujemy na łyski? Na borsuki? Po co zabijamy jelenie na rykowisku? Najbardziej denerwuje mnie zakłamanie, nie mówi się: „Idę zabić dzika, żeby go zjeść”, tylko mówi się: „Idę pozyskać dzika, bo regulacja, bo ASF, bo sport, bo tradycja”.

Fajny wywiad z Wajrakiem


*Trudno mi jednak przyjąć, że śmigające w ośrodku galaktycznym elektrony ulepione są z czegoś, co wymyślił pod koniec XIX wieku pewien matematyk, paredziesiąt lat później ktoś inny zastosował do opisu cząstek, a za dekadę lub dwie ktoś jeszcze inny z opisu cząstek prawdopodobnie usunie. Im bliżej przyjrzeć się temu, jak naprawdę przedstawia się ów opis matematyczny świata fizycznego, który miałby zastąpić opis przy użyciu jakości zmysłowych, tym wyraźniejsze się staje, że mowa tu o ludzkich wynalazkach, zręcznie zastosowanych, jednak nieposiadających żadnych cech nadających się do opisu rzeczywistości.*

– Łukasz Lamża, „Świat nie jest matematyczny”, Tygodnik Powszechny 1/2019

Mówi się, że spadochrony chronią przed śmiercią osoby, które wypadają z samolotu. Jednak chociaż światowe koncerny spadochronowe zarabiają krocie na sprzedaży spadochronów, nie ma żadnych solidnych dowodów na to, że spadochrony rzeczywiście działają! Nowa praca amerykańskich uczonych demonstruje, że kosztowne i niewygodne spadochrony wcale nie pomagają osobom, które wypadły bądź wyskoczyły z samolotu.

Jak wiadomo, w nauce i medycynie twardych dowodów dostarczają jedynie kontrolowane badania randomizowane (randomized controlled trials, RCT). W takich badaniach losowo dzieli się testowane osoby na dwie grupy, po czym jednej aplikuje się np. badany lek, a drugiej – placebo. Tylko w taki sposób można dowieść skuteczności działania leków, wiadomo o tym od lat!

Jeszcze lepiej, kiedy szereg takich badań podsumowuje się w jednej dużej analizie (zwanej meta-analizą). Kiedy jednak w 2003 naukowcy brytyjscy podjęli się trudu dokonania meta-analizy badań RCT skuteczności spadochronów, okazało się, że nikt nigdy takich badań jeszcze nie przeprowadził. Jak piszą w abstrakcie,

Results We were unable to identify any randomised controlled trials of parachute intervention.

Skuteczność spadochronów opiera się więc wyłącznie na przemyśleniach teoretycznych (grawitacja) i danych korelacyjnych! A korelacja, jak wiadomo, to jeszcze nie związek przyczynowo skutkowy.

Nie wiadomo, czemu takie prawdziwe, kontrolowane badania właściwie nie powstają. Czy stoją za tym miliardowe zyski koncernów wojskowych? Nie wiemy.

Na szczęście lukę postanowili wypełnić amerykańscy naukowcy. W grudniowym numerze prestiżowego czasopisma British Medical Journal ukazał się artykuł opisujący pierwszy w historii RCT spadochronów. O wyskoczenie z samolotu poproszono grupę 92 osób, z których 23 zgodziły się wziąć udział w badaniu. Osoby testowane podzielono losowo na dwie grupy, jednej przydzielono spadochrony, drugiej – puste plecaki.

I co? Nie zaobserwowano żadnych istotnych statystycznie różnic pomiędzy obiema grupami, ani co do liczności czy rodzaju urazów, ani co do śmiertelności. Wyniki są więc jednoznacznie: od kilku stuleci byliśmy oszukiwani i zwodzeni za nos przez ludzi usiłujących sprzedać nam kawałek bezwartościowej jedwabnej szmatki.

Oczywiście, to dopiero pierwsze tego typu badania, nie do końca idealne. Autorzy zauważają np. istotne różnice między osobami, które zgodziły się na udział w badaniach a tymi, które do badań nie chciały przystąpić. Na przykład, te pierwsze poruszały się istotnie wolniej – 0 km/h vs 800 km/h, oraz znajdywały się na niższej wysokości, tzn. 60 cm a nie 9146 m, co nie jest dziwne, zważywszy że wyskakiwały z niewielkiego dwupłatowego samolotu stojącego na łące.

Dobra, a teraz na serio, o co w tym chodzi. Nie chodzi tylko o natrząsanie się z poglądu „szach mat, correlation is not causation!”. Nie jest to też alegoria dla szczepionek i niektórych argumentów proepidemików (w końcu szczepionki bada się przy pomocy RCT). Chodzi o to, że RCT rzeczywiście mogą czasem dostarczać skrzywionych odpowiedzi w związku z tym, że osoby poddające się próbom klinicznym często nie są losową próbką z populacji, której dotyczy badanie. W szczególności może się zdarzać, że osoby poddawane badaniu są systematycznie mniej narażone na potencjalne negatywne skutki takiego badania.

Więcej szczegółów (i parę śmiesznych zdjęć) w komentarzu „We jumped from planes without parachutes (and lived to tell the tale).

No chyba że jest to tania próba otrzymania IgNobla.

Smith, Gordon CS, and Jill P. Pell. „Parachute use to prevent death and major trauma related to gravitational challenge: systematic review of randomised controlled trials.” Bmj 327.7429 (2003): 1459-1461.

Yeh R. W. et al. Parachute use to prevent death and major trauma when jumping from aircraft: randomized controlled trial
BMJ 2018; 363 doi: https://doi.org/10.1136/bmj.k5094 (Published 13 December 2018)


tl;dr: ponieważ zarzut niefalsyfikowalności teorii ewolucji (sam Popper, panie!) wraca jak nieświeże sardynki, spisałem krótką odpowiedź, żeby mieć pod ręką.

Jednym z zarzutów, który wyciąga się przeciw teorii ewolucji jest kryterium falsyfikowalności. Według najprostszej formy tego zarzutu,teoria ewolucji jest nauką historyczną (dotyczącą zdarzeń, które już nastąpiły), więc nie można jej sfalsyfikować, bo nie możemy niczego przewidzieć. Argument podobno wytoczył sam Popper.

To jednak jest naiwne rozumienie zarówno metodologii nauki, jak i samej nauki o ewolucji. Po pierwsze, żadnej teorii nie da się tak po prostu sfalsyfikować: postulujemy co najwyżej falsyfikowalność hipotez. Teoria ma w tym ujęciu generować hipotezy, które mogą być skonfrontowane z empirią1.

Po drugie, możliwe są przewidywania historyczne. Jeśli czegoś nie wiemy, to nawet, jeśli to coś zaszło w przeszłości, możemy na ten temat spekulować. Na przykład, jeśli stawiamy hipotezę o tym, że zdolność do trawienia laktozy w dorosłym życiu jest adaptacją, to oczekujemy, że dostrzeżemy ślady doboru naturalnego w ludzkim genomie – nawet, jeśli do tej pory tych śladów jeszcze nie znaleźliśmy. Jeśli postulujemy, że człowiek i małpy naczelne mają wspólnego przodka, to możemy tę hipotezę sprawdzić, badając geny człowieka, szympansa i goryla.

Po trzecie wreszcie, ewolucja nie generuje wyłącznie historycznych hipotez. Ogólne hipotezy (np. z dziedziny genetyki populacyjnej) można sprawdzać w populacjach eksperymentalnych, a nawet w drodze eksperymentów, w laboratorium. Słynny jest eksperyment Richarda Lenskiego, który od wielu dziesięcioleci hoduje pałeczkę okrężnicy, poddając ją różnym presjom środowiskowym, co m.in. doprowadziło do powstania nowej funkcji (zdolności do tlenowego trawienia pewnego związku, który znajdował się w pożywce, ale którego pierwotny szczep nie potrafił wykorzystać).

Sam Popper faktycznie sądził, że teoria ewolucji nie jest falsyfikowalna. Jednak zastrzeżenie Poppera było nieco inne i które brało się z niezrozumienia doboru naturalnego. Popper usłyszał frazę Spencera o „przeżyciu najstosowniejszego” (survival of the fittest). No ale co to znaczy fittest – ten, który przeżywa, prawda? W takim razie fraza sprowadza się do „przeżywa ten, który przeżywa” i cały ten dobór naturalny jest tautologią. Popper, który teorię ewolucji jak najbardziej szanował, nazwał ją wobec tego „niezwykle skuteczną metafizyką” (most successful metaphysical research programme)2.

Najstosowniejszym sposobem wyjaśnienia tego problemu jest… przyznanie krytyce racji. Dobór naturalny w swoim podstawowym znaczeniem nie jest ani teorią, ani hipotezą, tylko mechanizmem: jeśli a, be i ce, to de. Jeśli jest zmienność pewnej cechy w jakiejś populacji, jeśli ta zmienność się dziedziczy i wpływa na tempo propagacji różnych wariantów cechy (czy to przez przeżycie, czy bezpośrednio), to nastąpi zmiana proporcji tych wariantów w populacji. Tu nie ma teorii, nie ma hipotezy, jest maszyna prosta, matematyka – czyli, technicznie rzecz biorąc, tautologia.

Ale to nie szkodzi, bo teoria doboru naturalnego nie sprowadza się do zidentyfikowania tego mechanizmu: osią jest przypuszczenie, że dobór naturalny jest jednym z głównych mechanizmów napędowych ewolucji, odpowiedzialnym m.in. za powstawanie adaptacji. A hipotezy adaptacyjne (jak ta z trawieniem laktozy) są jak najbardziej falsyfikowalne.

Popper zresztą po latach sam przyznał się do błędu:

The fact that the theory of natural selection is difficult to test has led some people, anti-Darwinists and even some great Darwinists, to claim that it is a tautology. (…) I mention this problem because I too belong among the culprits. Influenced by what these authorities say, I have in the past described the theory as „almost tautological,” and I have tried to explain how the theory of natural selection could be untestable (as is a tautology) and yet of great scientific interest. (…) I have changed my mind about the testability and logical status of the theory of natural selection; and I am glad to have an opportunity to make a recantation.
[Popper, 1978, „Natural Selection and the Emergence of Mind.” Dialectica, 32:339-355]


  1. Bardzo przepraszam wszystkich znających filozofię za takie upraszczanie czegoś, o czym napisano tomy. Moje przeprosiny odnoszą się do całej tej notki. 
  2. Znowu upraszczam, argumentacja jest nieco bardziej złożona

tl;dr: Według powszechnego mniemania, Big Pharma zarabia ciężkie krocie na szczepionkach i antybiotykach, wmuszając w nas niepotrzebne leki. W rzeczywistości jest o wiele gorzej.

Miałem ostatnio okazję uczestniczyć w dwóch konferencjach na temat światowych problemów zdrowotnych („global health„), Grand Challenges Annual Meeting i Infectious Diseases in the 21th century. Naukowcy na tych konferencjach są zgodni: nie wiemy, kiedy będzie następna pandemia, nie wiemy też, co ją wywoła (chociaż stawiałbym na jakiegoś nowego wirusa grypy). Wiemy natomiast, że prędzej czy później będzie. I – że nie będziemy na nią dostatecznie przygotowani. Nie ma szczepionek… i mamy coraz mniej skutecznych antybiotyków.

Choroby zakaźne to groźny przeciwnik, bo chorobotwórcze bakterie, wirusy i grzyby ewoluują cały czas. Sprawia to, że antybiotyki bardzo szybko się starzeją – oporność pojawia się i błyskawicznie rozprzestrzenia. Oporne na penicylinę bakterie pojawiły się parę lat po tym, jak zaczęto ją masowo produkować. W 2015 nagrodę Nobla otrzymała chińska naukowczyni, Tu Youyou, za odkrycie w latch 70′ artemisyniny, skutecznego leku na malarię. Artemisynina została wprowadzona do użycia w latach 90′, jednak już w 2006 WHO zaleciło, by zawsze podawać ją wraz z innymi lekami antymalarycznymi, aby zredukować do minimum szansę na pojawienie się oporności u wywołujących malarię jednokomórkowców. Dwa lata później odkryto pierwsze zarodźce malarii oporne na artemisyninę.

Ilustracja poniżej z pracy przeglądowej Kennedy’ego i Reeda powinna zaniepokoić każdego. Przedstawiono na niej okres, jaki upływał od wprowadzenia leku do czasu odkrycia pierwszych mikroorganizmów opornych na dany lek. Jak widać, czasem wystarczą dwa-trzy lata. Oczywiście, to nie oznacza że antybiotyki te stają się bezużyteczne, bo większość przypadków wywołują mikroorganizmy nadal wrażliwe na ich działanie. Ale oznacza to, że w pewnym momencie może dojść do epidemii choroby, której niczym nie będzie można wyleczyć.

Oczywiście, wciąż pojawiają się nowe antybiotyki. Problem polega jednak na tym, że coraz wolniej. Coraz trudniej znaleźć lek, który (i) ma działanie bakteriobójcze, (ii) nie wywołuje zbyt szybko powstawania oporności oraz (iii) nie jest trujący dla człowieka. Ten trzeci punkt jest bardzo ważny, w końcu antybiotyki to trucizna, więc chociaż są bardziej szkodliwe dla bakterii niż dla ludzi, to wiele z nich potwornie obciąża organizm ludzki, w ekstremalnych przypadkach prowadząc do uszkodzenia wątroby albo szoku anafilaktycznego. Mimo wykładniczego rozwoju nauki, liczba nowo odkrywanych antybiotyków ciągle spada. Ostatni raz nową grupę antybiotyków odkryto ponad dwadzieścia lat temu (DARQ, do leczenia gruźlicy).

Po pierwsze, wszystkie łatwe do odkrycia grupy antybiotyków („low hanging fruits”) najprawdopodobniej już odkryto, a każda kolejna grupa wymaga wykładniczo rosnących kosztów. I tu dochodzimy do sedna problemu.

Drugim ważnym powodem dla którego nie powstają nowe leki jest Big Pharma. Firmy farmaceutyczne najzwyczajniej w świecie nie mają interesu w badaniu nowych antybiotyków, bo z nich nie ma dużych pieniędzy. Antybiotyki używa się ich krótko i skutecznie (w przeciwieństwie, na przykład, do insuliny albo statyn). W dodatku nowo odkrytych antybiotyków nie stosuje się w powszechnym leczeniu – używa się ich jako leki drugiej i trzeciej linii, dopiero wtedy, gdy konwencjonalne (i tanie) leki zawodzą.

Koszt badań prowadzących do zatwierdzenia nowego leku – łącznie z testami klinicznymi – to średnio dwa miliardy dolarów i ciągle rośnie. W dodatku na każdym etapie badań istnieje spora szansa, że trzeba będzie je przerwać: lek okaże się nieskuteczny lub wręcz szkodliwy. Nie więcej niż 10% leków wchodzących w fazę testów klinicznych dociera do finiszu. A nawet jeśli wszystko się uda, to cały proces – od pierwszych prac naukowych wskazujących na potencjalną użyteczność leku, do dopuszczenia leku do sprzedaży – trwa dziesiątki lat. W przypadku szczepionek ten proces jest jeszcze bardziej kosztowny i długotrwały.

Jest więc trochę prawdy w tym, co zwolennicy teorii spiskowych mówią o Big Pharma: nie opłaca się inwestować w leki, które skutecznie leczą. Nie ma w tym zresztą żadnej tajemnicy: powszechnie wiadomo, że największe zarobki są na leczeniu chorób przewlekłych w bogatych społeczeństwach; na atorwastatynie Pfizer zarobił 125 miliardów w piętnaście lat (dla porównania: najlepiej sprzedająca się szczepionka, Prevnar 13, to przychód ok. 5 miliardów dolarów rocznie). Opłaca się więc inwestować w badanie leków na cukrzycę, choroby serca, raka, a nawet zgagę czy depresję. Big pharma nie musi nam szkodzić, żeby ciągle móc nas leczyć. Dochody z antybiotyków i szczepionek są niewielkie w porównaniu z dochodami z innych kategorii lekowych:

Światowa sprzedaż leków w 2017 roku według klasy leku (źródło: statista.com)

Co można robić? Przede wszystkim spojrzeć na drugą część wykresu z pracy Kennedy’ego i Reeda, tę dotyczącą szczepionek:

W przeciwieństwie do antybiotyków, szczepionki się nie starzeją! Nic dziwnego: to nie szczepionki likwidują chorobotwórcze organizmy. To najbardziej wyrafinowana, najbardziej cwana maszyneria do obrony nas przed mikroorganizmami jaka istnieje na Ziemi: nasz układ immunologiczny. Nie ma bardziej naturalnego sposobu na uchronienie się przed chorobą niż szczepionka. A raz utworzona działająca szczepionka pozostanie skuteczna przez dziesiątki lat[^1]. W kontekście problemów z opornością na antybiotyki tym wyraźniej widać, jak ważną i pożyteczną bronią w walce z epidemiami są szczepionki.

Druga sprawa to w jaki sposób, kijem czy marchewką, nakłonić firmy farmaceutyczne do badań nad nowymi antybiotykami i szczepionkami. Review on Antimicrobial Resistance, inicjatywa powołana w UK przez Davida Camerona proponuje kilka rozwiązań. Przede wszystkim – pieniędzy jest dość, zwłaszcza w kieszeniach Big Pharma. RAR proponuje powołać międzynarodowy fundusz (opłacany m.in. przez Big Pharma), z którego można byłoby dotować badania nowych antybiotyków, zwłaszcza wczesne etapy badań. Najśmieszniejsze jest to, że nawet kilkanaście miliardów przeznaczonych na taki fundusz to dobra inwestycja z punktu widzenia społeczeństwa: koszty w wyniku oporności na antybiotyki szacuje się na dwadzieścia miliardów dolarów – w samych Stanach Zjednoczonych.

[^1] Nawet w przypadku grypy tak naprawdę chodzi o ciągle te same szczepionki, tyle że trzeba co roku użyć do ich produkcji nowego zestawu antygenów.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4378521/
https://www.nature.com/articles/nrd3975#t1

https://dukespace.lib.duke.edu/dspace/bitstream/handle/10161/12742/DiMasi-Grabowski-Hansen-RnD-JHE-2016.pdf;jsessionid=91D3F9729D104D4116FA5F07D61D406E?sequence=1

https://www.reactgroup.org/uploads/publications/react-publications/antibiotic-development-and-the-changing-role-of-the-pharmaceutical-industry.pdf


To stara historia, ale ją tu opowiem, żebyście mieli link do podawania jeśli ktoś znowu wyskoczy z tym durnym argumentem.

Chociaż sąd w Niemczech częściowo [1] przyznał rację przeciwnikowi szczepień, to nie w kwestii istnienia wirusa odry, tylko szczegółów technicznych zakładu o 100,000 EUR: zamiast jednej publikacji naukowej przedstawiono ich sześć. Jeśli chodzi zaś o samo istnienie wirusa, to było dokładnie przeciwnie: sąd pierwszej instancji uznał, że istnienie wirusa odry jest naukowo dowiedzione, a sąd drugiej instancji to potwierdził.

Było tak[2], że pewien antyszczepionkowiec, Stefan Lanka (skądinąd doktor biologii), ogłosił nagrodę 100,000 EUR osobie, która przyśle mu artykuł dowodzący istnienia wirusa odry, przy czym musi być podana średnica wirusa odry. Student medycyny (w tej chwili już lekarz) David Bardens wysłał Lance szereg artykułów naukowych i numer konta, a kiedy Lanka odmówił wypłaty, pozwał go do sądu. I faktycznie, w pierwszej instancji sąd przyznał mu rację.

Ale w kolejnych instancjach Bardens przegrał. Lanka oświadczył bowiem, że chodziło mu o jeden artykuł, a nie ma artykułu, w którym jednocześnie badano by strukturę wirusa (zatem również jego średnicę) i dowodzono jego istnienia. Sąd drugiej instancji uznał, że zgromadzona przez Bardensa literatura nie spełnia wymagań stawianych przez Lankę, bo zawiera więcej niż jeden artykuł, a Lanka miał prawo do ustalania takich warunków, jakie chciał.

Tak więc sąd nie zajmował się pytaniem, czy wirus odry istnieje. Tym zajmował się zresztą sąd pierwszej instancji, który przyznał rację Bardensowi, co potwierdził sąd drugiej instancji[3], więc równie dobrze możemy pisać „niemiecki sąd udowodnił istnienie wirusa odry”[4]. Natomiast przyznał rację, że dowody istnienia wirusa odry znajdowały się w więcej niż jednej publikacji, więc nie spełniały warunków publicznej obietnicy złożonej przez Lankę.

[1] Tu po prawniczemu, fragment wyroku:

Soweit die Berufung des Beklagten zulässig ist, ist sie auch begründet, da der ausgelobte Betrag nur dann hätte verdient werden können, wenn die zu beweisenden Umstände allesamt in einer in sich abgeschlossenen Arbeit dargetan worden wären.

Wyjaśnienie: sąd drugiej instancji odrzucił część apelacji Lanki dotyczących kosztów procesu, tak że Lanka musiał zapłacić Bardensowi kilkaset EUR.

[2] Żeby nie było, że jestem stronniczy, to samo można wyczytać na stronach proepidemików.

[3] Po prawniczemu (z uzasadnienia wyroku drugiej instancji):

Die Beweiswürdigung des Landgerichts dahingehend, dass aufgrund des eingeholten Sachverständigengutachtens bewiesen sei, dass die vom Kläger vorgelegten Publikationen in ihrer Gesamtheit den Nachweis für die Existenz und die Erregereigenschaft des Masernvirus belegten und auch die Bestimmung des Durchmessers in der vom Beklagten verlangten Form gelungen sei, ist im Ergebnis nicht zu beanstanden.

Innymi słowy, nie można niczego zarzucić dowodowi sądu pierwszej instancji, który stwierdził, że przedstawione naukowe prace dowodzą istnienia wirusa odry. W przytoczonym cytacie i następujących po nim paragrafach sąd drugiej instancji odrzuca wszystkie argumenty pozwanego kwestionujące samą naukową część decyzji sądu pierwszej instancji.

[4] Oczywiście, byłoby to bardzo głupie. Od nauki są naukowcy a nie sędziowie. Zresztą, w wyroku jest na ten temat śmieszny akapit. Otóż Lanka w apelacji zarzucił sądowi pierwszej instancji, że nie przeczytał dostarczonych publikacji, bo były po angielsku. Odpowiedź sądu drugiej instancji brzmiała: nawet, gdyby były po niemiecku, to sąd nie ma kompetencji, żeby je oceniać, od tego są rzeczoznawcy, a jak pozwany miał problem z opinią rzeczoznawcy, to miał czas, żeby to przedyskutować w sądzie pierwszej instancji.