Post scriptum: jak zauważa komentator Bob tekst Budzicza nie jest aż taki zły, jak go namalowałem; poniosło mnie ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze, takie troche lekceważące zbycie dyskryminacji kobiet w nauce nieprawdziwym argumentem o recenzjach; po drugie, naiwne psycho-ewo.

Łukasz Budzicz zadaje pytanie, czy kobiety są głupsze, i twierdzi, że opowie, co o tym pisze nauka. Uznałem, że wypada mi skorygować kilka nieprawd w tym artykule. Najpierw, tradycyjnie, pochwała: w artykule jest sporo źródeł, m.in. bezpośrednio podlinkowane oryginalne prace naukowe. Gratulujemy Gazecie! Osiągnęła standard blogowania popularnonaukowego sprzed dziesięciu lat.

Zacznę od szachów. Rzeczywiście, wśród najlepszych 100 graczy szachowych na świecie nie ma chwilowo ani jednej kobiety. Jednak to, co pisze dalej pan Budzicz, to nieprawda: „Dużo więcej mężczyzn gra w szachy na każdym poziomie, ale im wyżej w rankingu, tym dysproporcja płci się pogłębia (na niekorzyść kobiet).”

Otóż od dawna wiadomo, że ta dysproporcja może wynikać po prostu ze statystycznych właściwości rozkładu wartości maksymalnych. Nawet, jeśli rozkłady osiągnięć kobiet i mężczyzn są identyczne (o takiej samej średniej i wariancji), to wystarczy, że o wiele mniej kobiet gra w szachy¹, by wśród najlepszych graczy praktycznie ich nie było. Niedawno skonfrontowano tę hipotezę z bardzo szczegółowymi danymi z niemieckiej ligi szachowej. Nie tylko okazało się, że rzeczywiście — nie trzeba szukać wyjaśnień kulturowych albo biologicznych; sama statystyka wystarczy, by wyjaśnić to zjawisko. Więcej — najlepsze kobiety, takie jak Judit Polgar są lepsze, niż możnaby oczekiwać z rozkładu wartości maksymalnych.

Drugą ważną kwestią jest to, czy w ogóle umiejętność gry w szachy można uważać za jakąś miarę inteligencji. Budzicz o to nie pyta, a szkoda — bo są prace naukowe, które badały związek między umiejętnością gry w szachy a inteligencją. O dziwo, w najlepszym wypadku można powiedzieć, że ta kwestia nie jest rozstrzygnięta, w najgorszym — że związku nie ma. Pierwszą pracę, która pokazuje że związku nie ma, opublikowano w 1927 roku (cytat za artykułem Merim Bilalić i Petera McLeoda); a są publikacje, które sugerują wręcz coś przeciwnegoÜbung macht den Meister, inteligencja tylko przeszkadza².

Kolejna nieprawda w artykule: „Ale recenzowanie artykułów w fizyce i innych naukach jest oparte w dużej mierze na anonimowym peer review (recenzenci artykułów nie znają tożsamości, a więc też płci autora)„.

Pierwsze słyszę, a recenzowałem już trzy artykuły. W tym roku, chociaż ledwie się zaczął. W naukowym mainstreamie recenzent zna autorów, a często autorowie też mogą się domyślić osoby recenzenta (sam czasem nawet podaję swoje nazwisko do wiadomości autorów). Rzeczywiście, double (a nawet triple) blind review stosuje się w niektórych specjalistycznych czasopismach (psychologicznych, materiałoznawstwie i in.) czy nawet dziedzinach; w bardziej ogólnych czasopismach STEM były próby wprowadzenia podwójnie ślepego procesu recenzyjnego (w którym recenzenci nie wiedzą, kim jest autor), ale było to na zasadzie dobrowolnej opcji w paru czasopismach (np. Physical Review), z której mało kto korzystał³.

Na dyskryminację kobiet w nauce są dowody, by tak rzec, naukowe. W słynnym badaniu w 2012 wysyłano CV początkującego naukowca do różnych instytucji naukowych. Część identycznych aplikacji podpisano „John”, a część „Jennifer”. Po pierwsze, John otrzymywał wyraźnie lepszą ocenę i większą początkową pensję (średnia różnica wynosiła 10% — 3,500$ rocznie). Po drugie, niższe płace oferowane kobietom wynikały bezpośrednio z niższej oceny kompetencji (czyli nie np. obaw, że kobieta może zajść w ciążę). Po trzecie, ocena kobiet (ale nie mężczyzn) korelowała z seksizmem osoby oceniającej (mierzonym używaną w psychometrii skalą „modern sexism scale”). Nie jest to ani jedyna, ani nawet pierwsza taka praca.

Oprócz postulowanych różnic w średnim IQ (albo czynnikiem g) między kobietami i mężczyznami postuluje się też czasem inną różnicę w parametrach rozkładu: zmienności. Wśród mężczyzn ma być więcej jednostek o wybitnie wysokich parametrach, jak i takich, którzy mają wyjątkowo niskie wartości IQ czy g. To by miało tłumaczyć, dlaczego tak mało kobiet ma nagrodę Nobla z fizyki (albo medal Fieldsa).

Ciężko mi ocenić całą literaturę, ale z całą pewnością nie osiągnięto tu jeszcze konsensusu. Różnicy w zmienności przeczą zarówno wnioski cytowanej przeze mnie wcześniej Elizabeth Spelke, jak i metaanalizy stojącego po drugiej stronie barykady Paula Irwinga. Za różnice w liczbie otrzymanych Nobli może odpowiadać też opisany powyżej efekt statystyczny, jak i zwyczajna, powszednia dyskryminacja.

Na koniec jeszcze jedna rzecz, która mnie od tego artykułu odrzuciła. Nie tyle rzecz, co wyjęta z nosa konfabulacja:

Źródłem tych różnic jest, jakżeby inaczej, przede wszystkim ewolucja. U ludzi, tak jak u praktycznie wszystkich ssaków, to samice ponoszą większe koszty reprodukcji. Będą więc bardziej wybredne w doborze partnerów. Samiec musi sobie czymś „zasłużyć” na możliwość spółkowania. Majątek, wybitne osiągnięcia naukowe i artystyczne, wysoka pozycja polityczna są dla kobiet sygnałami, że mężczyzna ma wysoką biologiczną jakość. I to mężczyźni będą chcieli (średnio) poświęcić więcej, albo podjąć większe ryzyko, żeby odnieść sukces.

Bardzo charakterystyczne, że w przytoczonym ustępie nie ma ani jednego odnośnika. To jest dokładnie ten rodzaj konfabulacji, przenoszących niektóre ewolucyjne badania na kulturę ludzką, przed którymi zawsze ostrzegam swoich studentów ewolucjonizmu. To jest „Kobiety są z Uranu, a mężczyźni z 1992 QB1”. To jest poradnik psychologiczny mistrza podrywu. Pozwolę sobie przytoczyć tutaj wnioski z artykułu V.S. Ramachandrana, „Dlaczego dżentelmeni wolą blondynki”:

Podsumowując, sugeruję że dżentelmeni wolą blondynki by móc lepiej wykrywać wczesne infekcje pasożytnicze i objawy starzenia — jedno i drugie pośrednio redukują płodność i przeżywalność potomstwa.

Tak, to parodia. Neurobiolog Vilanayur Ramachandran zrobił im Sokala. I tak, nabrali się.

Nie ma wątpliwości, że ewolucja ukształtowała naszą psychikę, tak jak i nie ma wątpliwości co do roli kultury. Jest miejsce na ewolucyjne badania psychiki ludzkiej. Ale to powyżej to przykład, jak o tym nie należy pisać — to bajka opierająca się tyleż na prymitywnym postrzeganiu ewolucji, co braku szacunku dla potęgi ludzkiej kultury.


¹Inna sprawa oczywiście to to, dlaczego kobiety rzadziej grywają w szachy. Może są zbyt inteligentne na taką nudną rozrywkę?
²To badanie na bardzo małej grupie, więc nie uogólniałbym.
³Mógłbym się powstrzymać od osobistego przytyku, i pewnie powstrzymałbym się, gdyby nie chodziło o artykuł w gazecie o takim zasięgu — Budzicz po prostu ma małe doświadczenie w publikowaniu w mainstreamowych czasopismach naukowych.


You know how many wymyn are in the first hundred chessplayers? I tell you, noone. And of course, wymyn MUST earn less, because zey are weaker, zey are smaller, zey are less intelligent, and zey must earn less. Zat’s all.

— Janusz Korwin-Mikke, były student drugiego roku matematyki, w Parlamencie Europejskim

Pani się kłóci z nauką… pani się kłóci z badaniami naukowymi… [..] Najwyższa pora skończyć ze stereotypami. Jest taki dwudziestowieczny stereotyp… Taki stereotyp, że kobiety mają taką samą inteligencję jak mężczyźni. To jest stereotyp który trzeba zniszczyć, bo to jest nieprawda”.

— Janusz Korwin-Mikke, magister filozofii, w Sejmie

Research on cognitive development in human infants, preschool children, and students at all levels […] provides evidence that mathematical and scientific reasoning develop from a set of biologically based cognitive capacities that males and females share. These capacities lead men and women to develop equal talent for mathematics and science.

Badania nad rozwojem kognitywnym u dzieci i studentów na wszystkich poziomach edukacji […] dowodzą, że zdolność do matematycznego i naukowego rozumowania rozwija się z zestawu biologicznych zdolności wspólnego u kobiet i mężczyzn. Te zdolności umożliwiają jednakowy rozwój matematycznego i naukowego talentu u kobiet i mężczyzn. (tłum. moje)

— prof. Elizabeth Shilin Spelke, dyrektor Laboratory for Developmental Studies na uniwersytecie Harvarda

Mało rzeczy wkurza mnie tak, jak nieuk, który na poparcie swoich dziewiętnastowiecznych poglądów wyciera sobie gębę nauką. Nauka niczego takiego nie twierdzi. Jeśli chodzi o inteligencję kobiet i mężczyzn, to nauka zdecydowanie twierdzi tylko, że mężczyźni uważają się za bardziej inteligentnych. Sprawa inteligencji jest oczywiście bardziej skomplikowana, ale nawet najbardziej ekstremalne (i z pozycji naukowych ostro krytykowane) badania nie wykazują różnic, które miałyby jakiekolwiek praktyczne znaczenie. Nauka uważa też, że mniej kobiet-arcymistrzyń szachowych jest po prostu wynikiem tego, że kobiety rzadziej grają w szachy, matematycznych własności rozkładu wartości maksymalnej¹. Oczywiście, nawet gdyby Korwin-Mikke miał rację, to i tak jego poglądy są nie do przyjęcia z przyczyn zasadniczych, ale to już nie jest kwestia nauki.

Czy w związku z tym chciałbym tutaj nieśmiało sformułować taką prośbę do pana parlamentarzysty europejskiego, mgr. Korwina-Mikke: czy mógłby się Pan szanowny ewentualnie łaskawie bardzo proszę od nauki odpierdolić? Pięknie dziękuję.

¹ Nie oczekuję oczywiście od kolesia, któremu nie udało się nawet skończyć drugiego roku matematyki, żeby potrafił to wszystko ogarnąć (za moich czasów statystyka była na dopiero na trzecim), ale niech przynajmniej w swoich mizoginistycznych poglądach nie powołuje się na naukę.


Fuzją i piłą

01Mar17

Czy nie wolno wycinać drzew?
— Czasem wolno, a nawet trzeba. A czasem nie należy tego robić, z różnych względów. Żeby ptaki miały się gdzie gnieździć, żeby było ładnie, żeby był cień, żeby zachować stare drzewo. Być może nawet, żeby powietrze było czystsze, chociaż redukcja emisji byłaby o wiele skuteczniejsza.
No i drzewa produkują tlen.
— W dzień. A przez cały czas go zużywają, jak większość żywych organizmów. Gdyby zależało nam na produkowaniu tlenu, zamiast sadzić drzewa powinniśmy zakładać torfowiska, albo chociaż pastwiska.
Serio?
— Serio. Duża produkcja tlenu netto oznacza zbieranie się materii organicznej (czyli tzw. carbon sink). Tlen produkują głównie oceany, a na lądzie tajga, lasy borealne północnej Ameryki. A także pastwiska i torfowiska.
A zielone płuca Ziemi?
— Płuca… płuca nie powinny być zielone.
No lasy tropikalne.
— Bardzo piękne, olbrzymi rezerwuar bioróżnorodności. Natomiast jeśli chodzi o produkcję tlenu, to zużywają tlenu tyle, co produkują — gleba w lasach tropikalnych jest bardzo uboga.

Skoro czasem trzeba wycinać drzewa, to o co chodzi z tymi awanturami o wycinki?
— Teraz wycina się drzewa na łapu-capu, nie przejmując się w ogóle tym, czy te drzewa aby nie stanowią jakiejś wartości. Wycina się ponad stuletnie drzewa. Co z tego, że zasadzi się nowe, jeśli urośnie dopiero za paredziesiąt lat? To jak burzyć stare, zabytkowe budynki.
Czemu właściwie? Czy właściciele i deweloperzy to idioci? Albo ludzie których obchodzi tylko krótkotrwały zysk?
— Podejrzewam, że doskonale zdają sobie sprawę z tego, że takie prawo, nawet pod rządami PiS, nie może się długo utrzymać. Doszli do wniosku, że teraz przez krótki czas będzie można wycinać bez zezwoleń i korzystają.

Dobra, a myśliwi? Nie wolno polować na zwierzęta?
— Prawdopodobnie trzeba kontrolować populacje wielu dzikich zwierząt.
Nie wystarczyłoby zostawić przyrody w spokoju? Ekosystemy same by wróciły do równowagi.
Nie ma czegoś takiego jak równowaga w przyrodzie. No i nie ma powrotu do stanu sprzed istnienia człowieka.
To samo mówią leśnicy. Skoro tak, skoro nie ma naturalnych ekosystemów, to jaki problem mają ekolodzy z Puszczą Białowieską?
— Jeśli tak leśnicy mówią, że Puszcza nie jest naturalna, to myli im się naturalność z dziewictwem. Puszcza jest lasem naturalnym; w naturalnych lasach drzewa chorują, zjadają je korniki, przewracają się, gniją, rosną na nich huby, wyrastają nowe drzewa… „Porządkowanie” Puszczy np. przez usuwanie martwych drzew zamieniłoby ją w plantację. Takich plantacji jest dość w całej Europie, a Puszcza jest unikatem. Nie ruszać!

OK. A co z tymi polowaniami? Potrzebne?
— Pewnie tak, ale czy muszą być to pijani amatorzy, którzy pojęcia nie mają, co robią? To powinni być specjaliści potrafiący przede wszystkim policzyć ile zwierząt rzeczywiście trzeba odłowić, a potem zrobić to profesjonalnie, szybko, nie przeszkadzając innym, i bez zabijania ludzi.
Specjaliści?
— Ludzie po studiach, porządnie przeszkoleni w posługiwaniu się bronią. A ustalać co powinno się odławiać powinni naukowcy. Jeśli nawet trzeba np. odławiać lisy, bo zagrażają populacji kuropatw i zajęcy (w co wątpię, ale pokażcie mi liczby), to w takim razie chyba nie trzeba równocześnie polować na zające i kuropatwy, prawda?
To nadal nie tłumaczy całego tego hejtu na myśliwych.
— No bo to banda odrażających hipokrytów.


Do życia między ludźmi wystarczy ostrożność i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka. Do życia konieczny jest dystans.

Poza tym, jak mam uczyć etyki kogoś z aspergerem?

— prof. nadzw. dr hab. Piotr Nowak, Uniwersytet w Białymstoku,
w artykule w Rzeczpospolitej

Moim pierwszym skojarzeniem z tekstem profesora Nowaka był dowcip: Co to jest: wisi na ścianie i płacze? Odpowiedź: dupa, nie taternik.

Pan Nowak, wykładowca na uniwersytecie w Białymstoku, ma problem ze studentem cierpiącym na zespół Aspergera i sugeruje, że (i) nie da się uczyć cierpiących na zespół Aspergera, bo są niepoczytalni oraz (ii) w ogóle nie powinno się do studiów dopuszczać osób „niezrównoważonych psychicznie”. Pardon, problem ma jakiś doktor Niewiadomski, Niebylski czy Niewieski (or compatible), z uniwersytetu w Popielnie, najwyraźniej alter ego autora. Zakładam, że użycie „przyjaciela” w tekście było figurą retoryczną, aby trochę czytelnika rozerwać, trochę życia może w tekst wlać, a może wynikło z nazbyt częstych lektur „Dialogów” Platona.

Dość, że tekst jest obrzydliwy. Głupi też, ale przede wszystkim obrzydliwy, pisany z pozycji wyższości, takiego użalania się trochę nad biednymi chorymi psychicznie, którzy nie powinni jednak mieszać się z normalnymi ludźmi, no bo „do życia potrzebny jest dystans”, a jak wiadomo, ktoś z Aspergerem nie może takiego dystansu mieć, bo jak wiadomo, Asperger objawia się głównie niezrównoważeniem psychicznym i brakiem poczytalności. I dystansu. No bo to wariaci są, niesprawni umysłowo, niepoczytalni. No i pan Nowak oczywiście nie jest przeciw dyskryminacji niepełnosprawnych, to nie o to chodzi, sam miał niepełnosprawnego studenta, proszę, doktorat napisał, do redakcji go przyjąłem, teksty tłumaczy, o. Nie jestem rasistą, ale… Mam przyjaciół z Afryki, więc… Ten poziom.

Nie jestem psychologiem ani psychiatrą, więc niech kto inny tłumaczy panu Nowakowi, co to jest choroba psychiczna, co to jest spektrum autyzmu, jak się ma do inteligencji, niepoczytalności, zdolności czy umiejętności studiowania. Co to jest normalność, i jaka jest szansa, że sam pan Niewieski jest „normalny” i „pełnosprawny umysłowo”. Nie żebym oczekiwał, że coś z takich tłumaczeń wyjdzie, wraz z habilitacją (wiem to z autopsji) człowiek nabiera odporności na nabywanie wiedzy nieprzystającej do swoich uprzedzeń, doktorowi habilitowanemu nikt już nigdy niczego nie wytłumaczy, a już na pewno jeśli doktor tego nie chce (a chyba nie chce, bo pisze pod tezę). Takie są prawa natury, bardziej niezmienne niż byt według Parmenidesa.

Więc ja nie o tym. Ani nawet o tym, co sądzę o naukowcu, który używa jednostkowego przykładu do stawiania twardych tez, które na domiar złego możnaby przecież sprawdzić empirycznie — jak przyjmowanie osób z zespołem Aspergera wpływa na poziom uczelni. Albo jaki jest procent osób z zespołem Aspergera wśród kończących studia. Albo wśród wybitnych naukowców.

Ani też o tym, że pan Nowak w swoim artykule opisał swojego niepełnosprawnego studenta tak, że jego koleżanki i koledzy z roku potrafili go bez trudu rozpoznać. O tym też nie, bo na blogu unikam określeń takich jak „gnida”, „szumowina” czy „szubrawiec”, a także ponieważ mam cichą nadzieję, że zajmą się tym władze uczelni, a może nawet jakiś sąd.

Sam jestem wykładowcą akademickim. Oczywiście, kudy mi do profesora filozofii w Białymstoku. Piszę to bez ironii. Znaczna część moich wykładów opiera się na bardzo twardych faktach, czy wręcz wzorach matematycznych, nudach takich — ot, jest tak jak napisano, nie da się tego przekręcić na dwie strony, fi jest osiem, a wzór na dwie linijki. Filozofia jest trudniejsza — starczy mi, że mam wykład o metodologii naukowej, reszta nie, dziękuję, postoję. Poczytam sobie albo posłucham w wolnej (ha, ha) chwili. Mniejsza o to.

Otóż wykładowca uniwersytecki z różnymi dziwactwami się spotyka. Miewałem na wykładach studentów przeróżnych, ale nie opiszę ich tutaj (bo nie jestem gnidą). Koleś wychodzący z sali trzaskając drzwiami albo machający do wykładowcy może szokować chyba tylko kogoś, kto jest przyzwyczajony, że słucha go dziesięcioro studentów na krzyż, bo jak na sali siedzi przez cztery godziny w tygodniu z okładem setka studentów, to prędzej czy później ktoś taki się trafi. Deal with it.

I jedno mogę powiedzieć: nie ma nic gorszego niż doskonale zrównoważeni studiujący ze znudzoną miną wpatrujący się w ekrany swoich telefonów. Każda interakcja jest lepsza niż jej brak. Nawet chaotyczna, przerywająca tok wykładu wypowiedź — ej, no bardzo dobrze, ja namawiam studentów do przerywania wykładów. Po co w ogóle są wykłady w czasach internetu? Dlaczego miałbym pójść na wykład jakiegoś pana Nowaka z uniwersytetu w Białymstoku, jeśli w internecie mam wykład Ricka Rodericka albo Petera Millickana? Bo nie znam angielskiego? Bez jaj. Odpowiedź jest inna: bo z panem Nowakiem mogę sobie pogadać i pozadawać mu pytania. Albo przynajmniej być świadkiem dialogu między moimi koleżankami i kolegami, a panem Nowakiem. Mądry wykładowca nawet najgłupsze czy najbardziej agresywne pytanie potrafi obrócić ku pożytkowi swoich studentów.

A jeśli pan Niewieski nie umie wykorzystać pytań swoich studentów w nauczaniu (nawet, jeśli są chaotyczne albo niezbyt mądre), więcej: jeśli pan Niewieski skarży się na przerywanie wykładu pytaniami, to pan Niewieski powinien zastanowić się, kto tutaj naprawdę jest na niewłaściwym miejscu, i kto właściwie jest w pełni sprawny umysłowo.

Napisałem przed chwilą „deal with it”. Właśnie. Druga sprawa też dotyczy kompetencji wykładowcy. Każdy wykładowca z jakim-takim doświadczeniem pedagogicznym powinien sobie z palcem w nosie poradzić z sytuacją, którą pan Nowak opisuje. Dowodem na mój brak wyobraźni jest to, że nie wyobrażam sobie, jak wykładowca może sobie nie poradzić w tego typu sytuacjach. Jest zylion możliwości. Jak pan Nowak, przepraszam, pan Niewieski zareagował na wybryki wspomnianego studenta, że teraz się go boi, zamiast albo włączyć sensownie w zajęcia, albo ustawić do pionu, i to bez pomocy władz akademickich?

Jedyne, co mogę sobie wyobrazić, to bekę z wykładowcy, jaką mają studenci („zahukani przez ideologię poprawnościową”, my ass). Teraz już jest jasne, dlaczego pan Nowak użył wymyślonej postaci pana Niewieskiego: bo inaczej tekst za bardzo przypominałby płaczliwą skargę niekompetentnego nauczyciela.

To co to jest — nie umie sobie poradzić ze studentem, więc żali się w gazecie?

 
 


Post scriptum

Po pierwsze, wiadomo już, jak pan Nowak poradził sobie ze studentem cierpiącym na zespół Aspergera. Nie poradził sobie. Po prostu nie wpuścił go na drugi wykład:

… prof. Nowak nie wpuścił go na drugie zajęcia, bo po pierwszych uznał go za „wariata”. – Chłopak nie rozumiał, dlaczego nie może wejść, sytuacja trwała około 20 minut. Prawie płakał, cholernie mu zależało na wszystkich zajęciach, nie wiedział, o co chodzi. Pan profesor nie potrafił mu tego wyjaśnić i kazał mu wyjść. Następnie przy zamkniętych drzwiach wszystkim „zdrowym” studentom przez pół godziny opowiadał o konieczności wyrzucenia z uczelni wyższych „wariatów i kryminalistów”, wśród których znalazł się mój kolega – relacjonuje student.

Po drugie, na zachowanie pana Nowaka zareagował Uniwersytet w Białymstoku:

Ubolewam, że przedstawiciel kadry uniwersyteckiej publicznie wyraża opinie i poglądy, które mogą być odbierane jako podważające idee tolerancji i wrażliwości społecznej. Uważam ten sposób prowadzenia dyskusji o obecności osób z niepełnosprawnościami, o specjalnych potrzebach edukacyjnych, na uczelni za nieodpowiedni dla przedstawiciela środowiska akademickiego.

(interpunkcja oryginalna)

Po trzecie, pan Nowak jest zastępcą naczelnego czasopisma „Kronos” (co być może tłumaczy, dlaczego wszystkie jego recenzowane prace ukazały się w tym kwartalniku). Kwartalnik Kronos na swojej facebookowej stronie zamieścił taką oto wypowiedź:

schlick

W kontekście artykułu Piotra Nowaka jest to dość odważne nawiązanie. Jacek Dehnel skomentował to na facebooku w ten sposób:

Otóż ustalmy fakty (…). Johann Nelboeck, który zastrzelił Schlicka, był leczony psychicznie (diagnoza: osobowość schizoidalna; nic nie wiadomo, żeby miał zespół Aspergera, którego wówczas w ogóle nie znano – Hans Asperger po raz pierwszy opisał zjawisko w 1944 roku). Biegli w procesie ustalili wszakże, że w momencie popełnienia morderstwa był on całkowicie poczytalny. Natomiast, o czym redakcja filozoficznego kwartalnika Kronos zapomniała powiedzieć, Nelboeck był nazistą. Nie wyraził skruchy i postanowił spożytkować proces na wygłaszanie swoich teorii o szkodliwości działań akademickich Schlicka, który „swą anty-metafizyczną filozofią podkopał w nim wrodzone zasady moralne”. Przy okazji sugerowano, że Schlick (pochodzący z drobnej szlachty pruskiej) jest przedstawicielem żydowskiej nauki – i w rezultacie morderca dostał niski wyrok dziesięciu lat więzienia. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, żeby przywoływać w tej sprawie Nelboecka – problemem nie było wcale to, że pozwolono chodzić na studia człowiekowi ze zdiagnozowanym zaburzeniem osobowości, tylko rozwijający się w Austrii nazizm, który dzielił ludzi na tych, którzy mają prawo do życia, oraz na innych. Na szczęście dla Nelboecka wykpiwani przez redakcję „Kronosa” „obrońcy >>inności<< i przeciwnicy >>dyskryminacji<<” przegrali ze zwolennikami zdrowego społeczeństwa i dziarskiej segregacji. Odsiedział on zaledwie dwa lata, bo po Anschlussie uzyskał zwolnienie. Po wojnie zdążył jeszcze pozwać innego członka Koła Wiedeńskiego, Victora Krafta, za nazwanie go „paranoicznym psychopatą”.

Cały komentarz do przeczytania tutaj.

(komentarz został zresztą przez FB skasowany, a konto Dehnela — zawieszone)


„Pozostawienie Puszczy samej sobie to zbrodnia, to zamach na świętość, kulturę!”

— pan Nowak, leśnik (źródło)

Nawiasem mówiąc, całkiem niezły artykuł jest na stronach forestbiology.org (Pracownia biologii lasu UW). Miejscami trochę emocjonalny, ale przede wszystkim solidnie cytujący źródła naukowe.


geiringer

I am sure that our President would not approve of a woman. We have some women on our staff, so it is not merely prejudice against women, yet it is partly that, for we do not want to bring in more if we can get men.

— odpowiedź udzielona Hildzie Geiringer w latach pięćdziesiątych

Natknąłem się na postać Geiringer przygotowując wykład o linkage disequilibrium (LD1). Geiringer w latach czterdziestych m.in. stworzyła matematyczne podstawy teorii LD. Była austriacką matematyczką pochodzenia żydowskiego . Gdy już-już prawie miała profesurę w Berlinie (a była wtedy młodsza ode mnie), inny Austriak doszedł w Niemczech do władzy i musiała wiać. Pracowała później w Turcji i Stanach, opublikowała kilkadziesiąt prac w najróżniejszych dziedzinach, ma ponad tysiąc cytowań — prac pisanych kilkadziesiąt lat temu!

Na jej pracę o LD natrafiłem przeglądając artykuł Lewontina i Kojimy z 1968, gdy szukałem najwcześniejszych matematycznych podstaw teorii LD:

Essential to a discussion of the two-locus problem is the concept of linkage equilibrium. This problem has been dealt with by Geiringer (1944) and can be summarized as follows…

Przez całe życie zmagała się z dyskryminacją.

Trzeba jednak przyznać, że w 1956 berliński uniwersytet (chyba HU?) nadał jej status professor emeritus i pełną pensję.



  1. podobno po polsku mówi się „nierównowaga sprzężeń” — chodzi o sytuację, gdy geny są np. blisko siebie na chromosomie, i w związku z tym nie segregują niezależnie do gamet 

72-latek zastrzelony na polu kukurydzy koło Miechowa. Mężczyzna zrywał kolby z cudzego pola, pochrząkując. W zapadającym zmroku myśliwy wziął go za dzika

Kuba Grom, autor blogów Biblia Curiosa i Nowa Alchemia przegryzł się przez doniesienia prasowe o śmiertelnych wypadkach z bronią myśliwską (nie liczył morderstw i samobójstw), które wydarzyły się w przeciągu ostatnich piętnastu lat. Wychodzi ok. 2 śmiertelnych przypadków rocznie. Rzecz ciekawa, jedna trzecia ma związek z polowaniem na dziki — prawie zawsze chodziło o pomylenie człowieka z dzikiem, często na polu kukurydzy (4 takie przypadki). Podobno to dlatego, że tylko dziki i ludzie hałasują, więc łatwo je po ciemku pomylić.

Prawdę powiedziawszy, to o wiele mniej niż się spodziewałem, zważywszy na to, jak sytuacja wygląda we Włoszech i Niemczech. Z drugiej strony — myśliwych w Niemczech jest mniej więcej tyle samo co w Polsce, ale polują ze dwa-trzy razy intensywniej. Zatem ten dolny szacunek (2 ofiary rocznie) może być bliski prawdy.

Swoją drogą, źródła niemieckie też przytaczają makabryczne anegdoty: przed laty w Regensburgu myśliwy-amator pomylił ze stadem dzików oddział Bundeswehry, który akurat ćwiczył w lesie, i zastrzelił 23-letniego rekruta.

Nie wydaje mi się, żeby liczba ofiar śmiertelnych i wypadków wymagała zakazu łowiectwa. Z całą pewnością wypadałoby przeprowadzać regularne badania (np. wzroku) oraz znajomości kodeksu, a także prowadzić dokładne statystyki. Natomiast jestem całym sercem za obśmiewaniem wąsatych stworzonek w zielonej bieliźnie i pomarańczowych kurteczkach. Szczególnie jak bajdurzą o ekologii i równowadze w przyrodzie.