tl;dr: Naukowiec napisał artykuł, którego wyniki nie pasują do obowiązującej ideologii. Artykuł został usunięty w imię tej ideologii kolejno z dwóch czasopism, w których się ukazał, już po recenzjach i przyjęciu do druku, a na naukowca zrobiła się nagonka. Łukasz Lamża z „Tygodnika Powszechnego” twierdzi, że krytykujący naukowca „próbują dyktować w imię wyznawanej przez siebie ideologii, jakie hipotezy naukowe wolno dyskutować publicznie.”.

Mnie wydaje się natomiast, że to artykuł naukowca był zideologizowany, a ofiarą prawdziwej nagonki nie jest ani on sam, ani redakcje, które wycofały artykuł, a matematyczka, która go krytykowała.

Dawno temu wydawało się niepodważalną tezą, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn, dlatego nie nadają się na naukowców, nie dostają Nobli ani nie zostają CEO. Badania naukowe jasno tę tezę obaliły, jednak apologeci genetycznych różnic w inteligencji u kobiet przenieśli się na inną hipotezę: oto wśród mężczyzn ma być zarówno więcej jednostek wybitnych, jak i wyjątkowo mało zdolnych, tzn. zmienność wśród kobiet ma być mniejsza niż wśród mężczyzn. O ile rzeczywiście część badań potwierdza tę tezę, a sam fenomen różnicy w zmienności cech między płciami znany jest z innych cech u innych gatunków, o tyle w przypadku inteligencji tu sprawa nie jest jednoznaczna. Co więcej, jeśli nawet różnice w zmienności istnieją, to są zbyt małe, żeby tłumaczyć różnice w zarobkach. Tak czy siak, problem jest wałkowany przez specjalistów psychologii, socjologii i genetyki od dziesięcioleci, z różnymi wynikami.

Tu wkroczył Theodore Hill, emerytowany matematyk i weteran wojny w Wietnamie. Hill wraz z kolegą, Sergiejem Tabecznikowem opublikował model matematyczny opisujący ewolucję wyższej zmienności cech u jednej z płci. Sam model jest prosty (tzw. „toy model”), dlatego warto się mu przyjrzeć, żeby zrozumieć, o co ta cała awantura.

Model Hilla jest na tyle prosty, że do zrozumienia zasady jego działania nie potrzeba znajomości matematyki. Cały pomysł można podsumować jednym rysunkiem:

Mamy dwie, odmienne genetycznie populacje jednego gatunku, A i B. W populacji A zmienność (rozrzut cechy) jest większa niż w populacji B. Jeśli dobór naturalny działa tak, że rozmnażają się tylko osobniki powyżej pewnego progu danej cechy („próg selekcji” na rysunku), to jasne jest, że dobór będzie faworyzował populację A („czerwoną”), bo więcej osobników A się rozmnoży.

Tutaj dochodzimy od razu do dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze, żeby to działało tak, jak na obrazku, to muszą zostać spełnione bardzo konkretne założenia: np. średnia dla obu grup musi być taka sama (bo jeśli grupa B będzie miała wyższą średnią, to i tak wygra; a jeśli mniejszą, to i tak przegra, niezależnie od zmienności), oraz sama cecha nie może się dziedziczyć – dziedziczy się wyłącznie jej zmienność. Bo gdyby cecha się dziedziczyła, to selekcjonowana byłaby cecha, a nie jej zmienność.

Oba założenia są do przyjęcia, gdyby chodziło o jakąś cechę determinowaną pojedynczym genem, ale są mało prawdopodobne, jeśli chodzi o cechę determinowaną wieloma genami, o której wiemy z pewnością, że podlegała doborowi naturalnemu. Innymi słowy, model wymaga dość nieprawdopodobnych założeń. Timothy Gowers, bloger (a oprócz tego nagrodzony medalem Fieldsa matematyk) ujął to wręcz tak:

„Nie mam nic przeciw prostym modelom („toy models”), ale nie podoba mi się to, że ten konkretny prosty model, żeby w ogóle działał, wymaga założeń, które wydają mi się wysoce nieprawdopodobne. I nie mówię o uprawnionych uproszczeniach. Nie; mam na myśli założenia, które najwyraźniej dodano tylko po to, żeby z modelu wyszło to, co Hill chciał żeby wyszło.”

(z blogu Gowersa)

To jedna sprawa.

A druga sprawa, to zauważyliście w powyższym opisie słowa „płeć”, „kobieta”, „inteligencja”? No właśnie. Sam model nie tylko nie wymaga tych pojęć, bo jest prosty i bardzo ogólny, ale nawet nie wymaga działania doboru płciowego! Hill przedstawił go jednak w bardzo konkretny sposób: selekcja jest płciowa, a obie populacje (czarna i czerwona) to jest ta sama płeć. Pomysł jest taki, że jeśli kobiety wybierają na partnerów bardziej inteligentnych mężczyzn, to może prowadzić do zwiększenia zmienności inteligencji wśród mężczyzn.

Zauważcie przy tym, że model nie pokazuje mechanizmu powstawiania zróżnicowanej zmienności ani niczego nie dowodzi: pokazuje tylko, że jeżeli są dziedziczne różnice w zmienności, to mogą być selekcjonowane za pośrednictwem cechy, za której zmienność odpowiadają. Innymi słowy „korzystny” fenotyp to wysoka inteligencja, ale jeśli inteligencja się nie dziedziczy (sic!), tylko dziedziczy się jej zmienność, to ta zmienność może być utrwalona przez dobór naturalny. Z czego wysnuł wniosek, że tak właśnie było.

Hill zatem od samego początku zdecydował się, by trywialny i kulejący model wrzucić w sam środek pola minowego. Że zamiarem Hilla było wzbudzenie kontrowersji (a przynajmniej był świadom, w co się ładuje) świadczy korespondencja, którą opublikował za pośrednictwem retractionwatch.com.

Praca Hilla i Tabecznikowa została przyjęta przez „Mathematics Intelligencer”, a potem usunięta. Nie było to eleganckie, ale tak się czasem robi; po angielsku nazywa się to „rescinding” i nie jest to to samo co „retraction”. Tabecznikow wycofał się (wg Hilla bał się o granty), a pracę (już tylko Hilla) przyjęło małe czasopismo New York Journal of Mathematics. Tu historia się powtórzyła: początkowo pracę przyjęto (co prawda bez zwykłego procesu recenzenckiego, po znajomości), a potem usunięto bez wyjaśnień. Hill zaczął opowiadać o spisku, grozić pozwami na lewo i prawo i zrobił wokół sprawy spory szum. Do obrony Hilla przed zakusami feministycznej masonerii włączyli się chłopcy z 4chana i reddita.

Oraz Łukasz Lamża, dziennikarz „Tygodnika Powszechnego”.

I tutaj dochodzimy do najbardziej nieprzyjemnej części afery. Matematyczka Amie Wilkinson wkurzyła się faktycznie na artykuł Hilla i napisała do redakcji „Mathematical Intelligencer”, domagając się artykułu polemicznego. Ponieważ jednak redakcje czasopism usuwały artykuł (zamiast albo go nie przyjmować do druku – co w świetle problemów z modelem byłoby uprawnione, albo zretortować innym artykułem), winę za to Hill przypisał Wilkinson – a za nim 4chan oraz Łukasz Lamża. Lamża nawet otwartym tekstem zasugerował, że Wilkinson – uznana matematyczka, profesorka matematyki na uniwersytecie w Chicago, z silnym naukowym dorobkiem – ma swój interes w tym, żeby artykuł się nie ukazał, bo… obniża jej szanse na zatrudnienie. Skądinąd w jaki sposób usunięcie artykułu z niszowego czasopisma miałoby „uciszyć” debatę, skoro artykuł jest dostępny przez słynny arXive, w którym publikowano już takie rzeczy jak dowód hipotezy Poincarégo?

Hill twierdzi, że Wilkinson urządziła na niego nagonkę i to ona wymogła na czasopismach usunięcia jego artykułu. Słowo przeciw słowu, bo Wilkinson twierdzi, że niczego takiego nie sugerowała. Jednak jak zauważa Andrew Gelman, opis Wilkinson, Hilla i innych zamieszanych osób zgadzają się co do większości faktów, więc można odtworzyć przebieg wypadków: artykuł został usunięty przez Mathematical Intelligencer po krytyce Wilkinson, Wilkinson nie domagała się jednak jego usunięcia. Do drugiego czasopisma, New York Journal of Mathematics, artykuł dostał się bocznymi drzwiami (bez normalnego procesu recenzenckiego, tylko decyzją odpowiedzialnego redaktora), po czym został usunięty po tym, jak rada redakcyjna sprawdziła proces redakcyjny i podjęła decyzję o usunięciu większością głosów.

I tylko dziwię się, że Łukasz Lamża, zwykle znakomity dziennikarz naukowy, zdecydował się przedstawić tę sprawę tak jednostronnie.

Niestety, niezależnie od jakości pracy Hilla, nie ma wątpliwości że sposób usunięcia jej z obu czasopism jest bardzo problematyczny. Autorzy „Retraction watch” piszą:

„Failing to include a retraction notice or provide any other explanation of a retraction — and that’s what this is, no matter what the journal wants to not call it — violates Committee on Publication Ethics guidelines and might just, well, give ammunition to the idea that this paper fell victim to the culture wars.”

Nie pierwszy to raz, że wokół artykułu naukowego podnosi się szum związany z jego społecznymi implikacjami. Nie chodzi bowiem o to, żeby o pewnych rzeczach nie mówić, jak sugeruje Lamża: chodzi o to, że o pewnych rzeczach trzeba umieć mówić. Zanim zaczniesz się wypowiadać w takich kwestiach, odrób zadania domowe, posłuchaj rad przyjaciół (Hill nie posłuchał) i zachowaj profesjonalizm, nie próbując w pracy naukowej przemycać swoich poglądów.

Praca Hilla jest na tyle słaba, a przede wszystkim zideologizowana, że nie powinna się była w tej formie w ogóle ukazać. Zawalili przede wszystkim recenzenci; jedna z recenzji – jedyna, która ujrzała światło dzienne, bo opublikował jej sam Hill – nie pozostawia wątpliwości co do motywacji recenzenta. Jej autor połowę recenzji poświęca na lamencie w sprawie „prześladowania” za głoszenie poglądów o różnicy w zmienności inteligencji między kobietami i mężczyznami. Po drugie, zawalili redaktorzy obu czasopism: nie dopilnowali procesu recenzenckiego (jedno, bo chciała wywołać kontrowersję, drugie, bo był kumplem Hilla).

Ale oczywiście oberwała Wilkinson.

Artykuł Hilla na arXive.

Niektóre emaile wymienione w sprawie Hilla, które Hill udostępnił dla retractionwatch.com.

Artykuł na retractionwatch.com.

Blog Timothy Gowersa, Additional thoughts on the ted hill paper

Blog Timothy Gowersa, Has an uncomfortable truth been suppressed

Blog Andrew Gelmana, Echo chamber incites online mob to attack math profs

Reklamy

Niemcy prowadzą masową wycinkę drzew zarażonych kornikiem drukarzem. Sytuacja jest poważna, akcja nadzwyczajna, a organizacje ekologiczne i Komisja Europejska – na razie milczą. Pytanie dlaczego, skoro w przypadku podobnych działań prowadzonych w Polsce głośno protestowano?

To prawda – w Niemczech jest szagrożenie kornikiem i leśnicy usuwają w wielu lasach zarażone kornikiem świerki.

Ale odpowiedź na zadane pytanie przez „Wiadomości” jest prosta: działania wcale nie są podobne. W Polsce wycina się przecież mnóstwo drzew w lasach gospodarczych, albo prowadzi interwencje w celu ich ochrony takie jak wycinanie zarażonych drzew, i nikt nie protestuje – dopóki nie chodzi o wycinanie niezwykle cennego przyrodniczo lasu, jakim są lasy Puszczy Białowieskiej. Przecież w proteście dotyczącym Puszczy chodzi w gruncie rzeczy o jedno: leśnicy chcą traktować Puszczę (poza niewielkim rezerwatem ścisłym) jak każdy inny nudny, świerkowy, gospodarczy las o który trzeba dbać jak o pole rzepaku. Naukowcy chcą, by objąć ten las rezerwatem, a przynajmniej w niego nie ingerować, nie wycinać drzew, pozwolić na rozwój kornika, nie usuwać starych czy uschniętych drzew, nie sprzątać przewróconych pni.

Cały dowcip polega na tym, że według naukowców ten las nie jest jak każdy inny. Nie jest taki, jak świerkowe lasy gospodarcze, w których właśnie tną Niemcy. Stąd te protesty, stąd oburzenie! Jest wyjątkiem na skalę światową. Dlatego Puszcza – cała Puszcza, po obu stronach granicy, nie tylko rezerwaty ścisłe – jest na liście światowego dziedzictwa UNESCO. A obszary, w których prowadzono wycinki, podlegały ochronie w ramach programu Natura 2000.

Dodatkowo akcja w Niemczech wcale nie jest nadzwyczajna – bo w zeszłym roku zagrożenie było jeszcze większe. Od wielu lat osłabione ociepleniem klimatu i suszą świerki padają ofiarą kornika.

Za pozorne podobieństwo wycinania świerków w niemieckich lasach gospodarczych i w Puszczy Białowieskiej odpowiada komedia pomyłek związanych z nazwą „Las Bawarski”. Jeśli ta komedia była celowa, to chapeau bas, bo przyniosła znakomite efekty. Otóż m.in. wycinki drzew z kornikiem następują w lasach Bawarii. A nawet na terenie Lasu Bawarskiego (niektórzy piszą nawet o „Lasach Bawarskich”), a przecież Las Bawarski to Park Narodowy! Niemcy wycinają swoje parki a nam nie wolno!

Pomieszano trzy różne rzeczy:

  • lasy bawarskie, czyli lasy w Bawarii, w dużej części gospodarcze, a więc mało ciekawe przyrodniczo (np. monokultury świerkowe), częściowo prywatne;
  • Las Bawarski, czyli pasmo górskie w Bawarii;
  • Park Narodowy Lasu Bawarskiego, czyli znajdujący się w owych górach park narodowy, w którym – jak w bardzo wielu innych parkach narodowych w Niemczech – pozwala się naturze na swobodny rozwój, m.in. traktuje się kornika jako niezbędny element ekosystemu. Na terenie 2/3 lasu nie podejmuje się żadnych działań ochronnych – niech las sam sobie radzi.

Las Bawarski. Źródło: Wikimedia

Ten ostatni punkt zasługuje na uwagę. Otóż parę dekad temu, na przełomie lat 80′ i 90′, kiedy w Parku Narodowym Lasu Bawarskiego pojawiło się zagrożenie kornikiem, podjęto kontrowersyjną decyzję, żeby nic nie robić. Świerki, których w tych lasach było o wiele więcej niż w Pusczy, pod koniec lat 90′ zaczęły masowo obumierać. Doszło do protestów – leśników jak i mieszkańców. Prasa pisała, że las został „zachroniony na śmierć” (kaputtgeschützt), że do umarłego lasu przestaną przyjeżdżać turyści, że nigdy już tam nie wyrośnie nowy. „A co miało tam wyrosnąć, jak nie las, kort tenisowy?” pytają naukowcy: bo rzeczywiście, czarne przepowiednie się nie spełniły, las się pięknie odnawia. Ruch turystyczny nie zmalał, w obliczu dobrych efektów działań zarządu parku (czy raczej ich braku) przeciwników nieingerencji jest coraz mniej.

Podobnie postępuje się w innych niemieckich parkach narodowych: żadnych działań przeciw kornikowi nie podejmuje się np. w parku narodowym Sächsische Schweiz; tam wręcz prowadzi się aktywne działania mające na celu przekształcenie pozostałości po gospodarczych monokulturach w las mieszany. W Parku Narodowym Eifel naukowcy liczą nawet na to, że gradacja kornika doprowadzi do zmiany składu lasu na bogaty w buki, bardziej naturalny dla tamtego regionu.

Podsumowując, polscy leśnicy tną w lesie, który jest dziedzictwem kulturowym świata, i nie chcą słuchać naukowców. Niemieccy tną w lasach gospodarczych, ale w cennych przyrodniczo lasach decydują naukowcy. Dla Wiadomości TVP to jedno i to samo.


[Nauka nie jest nigdy niczym dobrym, bo wprowadza, tylko zamieszanie, a de facto jest bardzo ograniczona i ułomna, więc nie warto się nią posługiwać]


Chciałbym przypomnieć jak odżywiają się króliki. Otóż króliki są roślinożerne i jedzą trawę, a trawy nie da się jeść, bo składa się głównie z celulozy. Trawę mogą jeść bakterie. Dlatego króliki – i inne trawożerne stworzenia – jedzą trawę per procura, hodując sobie w układzie trawiennym bakterie zdolne do jedzenia trawy, czyli trawienia celulozy, a następnie zjadając rzeczone bakterie. W różnych miejscach istoty żywiące się celulozą tę hodowlę zakładają. Krowy na przykład mają specjalnie przystosowany żołądek, składający się ze żwacza, czepca, ksiąg i trawieńca. Tak jest u wszystkich kręgowców i bardzo wielu innych zwierząt. Chociaż niektóre owady są w stanie same trawić celulozę, inne, takie jak termity, podobnie jak kręgowce zatrudniają do tego mikroby – bakterie i pierwotniaki.

Króliki nie mają ani ksiąg, ani czepca, ani nawet żwacza, i swoje bakterie hodują w jelicie grubym. Niestety, ma to pewną wadę; strawiony, gotowy do wchłonięcia pokarm znajduje się w miejscu, z którego do organizmu nie może trafić – bo wchłanianie odbywa się w jelicie cienkim, wcześniejszym fragmencie układu pokarmowego. Z jelita grubego strawiony pokarm może poruszać się już tylko w jedną stronę – na zewnątrz. Przez odbyt.

Dlatego właśnie króliki jedzą kupy.

I dlatego proszę was, nie bądźcie jak króliki, a jeśli już z jakichś powodów koniecznie chcecie, to nie mówcie o tym publicznie.


tl;dr: światem rządzą sieci bezskalowe. The rich get richer, w nauce jest tak samo, a Nobel to nagroda dla najbogatszych. Można zobaczyć filmik, a na końcu narzekam na to, że mnie nikt nie cytuje, i nikt nie bada nieznanych genów. Artykuł zacząłem pisać dwa lata temu, a teraz zmotywował mnie świetny artykuł z Atlantica.

Pierwszy powód jest taki, że robię się coraz starszy, a Nobla nie tylko nie dostałem, ale nawet nie zapowiada się, żebym go kiedyś dostał. To jest oczywiście dobry powód do zgorzknienia i narzekania, ale mam też lepsze racjonalizacje. Dojrzewały we mnie już od jakiegoś czasu, ale gdy przeczytałem artykuł Eda Yonga z „The Atlantic” zrozumiałem że tak mogę się pod tym podpisać.

Nauka jest wysiłkiem zespołowym i bardzo rzadko trafia się noblista, który zrobił coś w pojedynkę (czy nawet samotrzeć). Nagrody Nobla nie tylko promują błędną wizję nauki jako wysiłku samotnych geniuszy, ale notorycznie pomijają pewne grupy osób: kobiety, młodszych stażem, czarnych, żółtych… um, właściwie to wszystkie grupy naukowców z wyjątkiem uprzywilejowanych starych białych facetów, USBF1, którzy mieli to szczęście, że dożyli (z jednym wyjątkiem). Którzy w ogóle mieli szczęście, full stop, bo jak powiedział Sydney Brenner, mój ulubiony noblista (też skądinąd USBF),

Sposób na sukces to urodzić się we właściwym czasie i właściwym miejscu. Jeśli potrafisz tego dokonać, to odniesiesz sukces. Musisz tylko być otwarty i mieć trochę talentu.

The way to succeed is to get born at the right time and in the right place. If you can do that then you are bound to succeed. You have to be receptive and have some talent as well.

Cytat pochodzi z wywiadu, który w ogóle warto przeczytać.

W nauce niestety mamy do czynienia ze zjawiskiem, które nazywa się „preferencyjnym przyłączaniem” (preferential attachment), czyli zasadą „the rich get richer” – bogaci bogacą się jeszcze bardziej. Sława rodzi większą sławę, granty rodzą jeszcze większe granty itd. Co gorsza, autorytet rodzi większy autorytet, także poza dziedzinami, za które dany osobnik dostał Nobla. Mamy wśród noblistów przykłady denialistów klimatycznych, denialistów związku między HIV a AIDS, wiary w astrologię, wiary w Obcych w postaci fluorescencyjnych szopów praczy… no dobra, to wszystko to jest jeden noblista, ale nie jest odosobniony. Skoro jednak noblista coś mówi, to chyba nie mówi byle czego, prawda?2

Można sobie powiedzieć, tak jest ten świat urządzony, ale są jeszcze dwa przykłady tego zjawiska, które mnie wyjątkowo denerwują. Zanim je podam, pokażę, jak w praktyce działa preferencyjne przyłączanie.

Pomyślcie teraz o sieci komputerowej. W sieci komputerowej mamy węzły (komputery) i połączenia (kabelki sieciowe, czy nawet bezprzewodowe połączenia sieciowe). Większość komputerów ma jeden kabelek, ale są takie specjalne komputery – routery, serwery czy co tam, nie znam się – które mają tych kabelków fafnaście albo nawet pierdylion; tyle, że jest ich o wiele mniej, niż komputerów z jednym kabelkiem. Taka sieć nazywa się bezskalowa – przykładem takiej sieci jest po prostu Internet.

Jak zrobimy wykres, na którym na osi poziomej jest liczba kabelków sieciowych, a na osi pionowej liczba komputerów, które mają daną liczbę kabelków, to wyjdzie coś takiego:

W sieci powyżej jest jeden komputer z siedmioma połączeniami, jeden z pięcioma, za to dziesięć bez żadnego połączenia. To bardzo dobrze widać na rysunku po prawej: wykładniczo spadająca liczba komputerów wraz ze zwiększającą się liczbą kabelków.

Taka sieć powstaje właśnie w wyniku preferencyjnego przyłączania, co łatwo zasymulować. Poniższy filmik pokazuje, co dzieje się ze zwykłą siecią – nie bezskalową, tylko taką, w której wszystkie komputery mają mniej więcej tyle samo kabelków. W każdym kadrze dokładany jest jeden węzeł zgodnie z zasadami preferencyjnego przyłączania. Zauważcie, jak szybko sieć staje się bezskalowa:

Bardzo ciekawym przykładem sieci bezskalowych jest sieć publikacji naukowych. Każdy artykuł naukowy powołuje się na inne artykuły naukowe, czyli je cytuje. Cytowania to waluta nauki: liczysz się tyle, ile masz cytowań3. Są jedyną w przybliżeniu obiektywną miarą tego, jak ważne jest jakieś badanie4. Służą do oceny naukowców, ich wpływu na naukę, w konkursach na stanowiska, w rozdzielaniu grantów itd.

Jeżeli na wykresie przedstawiającym sieć artykuł jest kropką, to cytowanie jednego artykułu przez drugi może być kreską między dwoma kropkami. I teraz znowu mamy do czynienia z siecią bezskalową: artykuł, który został już raz zacytowany, ma o wiele większe szanse, by zacytowano go ponownie. Bo skąd ja wiem o artykułach do cytowania? Na przykład z wyszukiwarki google.scholar, która zwraca najpierw artykuły o większej liczbie cytowań. Ale nawet przed google.scholar tak było, najstarsze prace dokumentujące to zjawisko pochodzą z lat ’60 zeszłego wieku. Nie sposób bowiem czytać całej literatury, więc poza najwęziej rozumianym tematem pracy, cytuję chętniej prace, które już raz cytowałem, a często o jakiejś pracy dowiaduję się, bo ją ktoś zacytował.

Nie mam pomysłu, co by z tym można było zrobić, ale mnie irytuje, bo efekt jest taki: bywa, że znakomite prace nie są cytowane tylko dlatego, że w podobnym czasie — niekoniecznie wcześniej — wyszła podobna praca, która z takich czy innych powodów trafiła na świecznik. Pomijając sytuację, gdy pewna praca była zdecydowanie pierwsza w swojej dziedzinie, to niezależne od siebie publikacje potrafią dostawać zupełnie różne liczby cytowań tylko dlatego, że jedna z nich ma bardzo znanego autora (albo po prostu miała szczęście dostać się do lepszego czasopisma). To jest niesprawiedliwe, bo nieproporcjonalnie nagradza jednego autora, a co gorsza, redukuje różnorodność reprezentowanych w naukowym mainstreamie interpretacji i poglądów.

Ale to małe miki. Mam lepszą historię.

Człowiek ma mniej więcej dwadzieścia tysięcy różnych genów kodujących białka. Ze wszystkich kręgowców, genom człowieka jest najlepiej poznany – co nie znaczy że znamy go bardzo dobrze. Kiedy sprawdzam5, jakie geny są aktywowane u ludzi chorych na gruźlicę, o mniej więcej połowie wiem w przybliżeniu do czego służy. Pozostałe mają w najlepszym razie jakieś szczątkowe opisy. Moim ulubionym przykładem jest gen ANKRD22, który jest jednym z najlepszych biomarkerów gruźlicy. Gen jest indukowany przez interferon (który odgrywa dużą rolę w gruźlicy6), produkowane białko ma strukturę, którą możemy odgadnąć – i w sumie tyle. Niewiele o nim wiadomo, poza tym, że bierze udział w całym szeregu różnych procesów chorobowych.

Preferencyjne przyłączanie w tym przypadku działa tak, że więcej badań publikuje się na temat genów, o których już i tak dużo wiemy. Garstka genów omawiana jest w tysiącach artykułów naukowych, a jednocześnie – tysiące genów w ogóle nie pojawia się w żadnych publikacjach7:

Zwróćcie uwagę na niebieskie punkty. Każdy z nich oznacza jeden gen; na pionowej osi jest związana z tym genem liczba opublikowanych badań naukowych. Jak widać, pewne geny (takie jak TNF albo interleukina 6) mają tysiące publikacji, ale większość genów nie była dotąd jeszcze nigdy badana.

Najgorsze jest to, że pieniądze na badania rozkładają się dokładnie tak samo: łatwiej dostać grant na badanie genu, o którym już wiemy, że jest ważny, i na temat którego napisano tysiące prac, niż na badanie genu, o którym nic nie wiemy.

Staję się powoli SBF, a może nawet USBF (zależy od punktu widzenia), i gdybym mógł zmienić w nauce jedną rzecz, to właśnie te różne preferencyjne przyłączania i sieci bezskalowe. Noble z jednej strony są fajne, bo popularyzują naukę, ale jednocześnie napędzają zjawiska, które szkodzą nauce. Dlatego przestałem je lubić.


  1. USBF, czyli Uprzywilejowani Starzy Biali Faceci. 
  2. Niedawno miałem praktyczne doświadczenie jak to działa: pewien USBF, profesor biologii, wagi ciężkiej (czyt. gruba ryba), poinformował mnie, że rozmawiał z fizykiem-noblistą podczas spotkania w Lindau, i ten mu powiedział, że nie wiadomo, czy globalne ocieplenie jest spowodowane przez człowieka. I koniec, żadne argumenty się już nie przebiją, bo NOBLISTA i FIZYK tak powiedział. Normalnie jakbym rozmawiał z korwinoidem z wykopu, ale nie, ten człowiek jest wielkim uczonym – w swojej dziedzinie. 
  3. Niestety, to nieprawda. Liczysz się tyle, ile ma średnio cytowań artykuł z czasopisma, w którym publikujesz – czyli tzw. impact factor. Publikacja w Nature, którą pies z kulawą nogą nigdy nie przeczytał liczy się więcej, niż publikacja w PLoS ONE, która została zacytowana przez stu innych autorów. I to jest skandal. Kiedyś napiszę o tym notkę. 
  4. Tak, oczywiście, znam mnóstwo kontrprzykładów, ale nic lepszego nie ma. Kiedyś napiszę o tym notkę. 
  5. Niestety, sporo artykułów naukowych jest za paywallem. Ale jeśli kto ciekawy, to w opisie działania mojego pakietu do analizy ekspresji genów jest sporo na ten temat. Kiedyś napiszę o tym notkę. 
  6. Kiedyś napiszę o tym notkę. 
  7. Ilustracja pochodzi z pracy Huss III, Jon W., et al. „The Gene Wiki: community intelligence applied to human gene annotation.” Nucleic acids research 38.suppl_1 (2009): D633-D639.. Właśnie napisałem o tym notkę. 

Na podstawie sondaży przewiduję, że wybory w Niemczech (24.9.2017) będą miały następujące wyniki:

Linie przerywane to wyniki wyborów z 22.9.2013. Pionowe prostokąty to 95% przedział przewidywania. Stracą obie duże partie. AfD ma szansę, by zostać „trzecią siłą”, ale mamy tu największy rozrzut badań. Linke i Zieloni w miarę stabilnie. FDP znów w parlamencie.

Jak to się rozłoży na rzeczywiste liczby miejsc w parlamencie, zależy od tego, jak głosy rozłożą się w landach. Niemiecka ordynacja wyborcza jest skomplikowana. Po pierwsze, parlament liczy co najmniej 598 posłów, ale może liczyć więcej. Po drugie, każdy głosujący oddaje dwa głosy: pierwszy głos na coś w rodzaju JOW-ów, wybierając kandydatów bezpośrednich ze swojego okręgu, i drugi na listę partyjną. Pierwszym głosem wybiera się 299 kandydatów ze wszystkich 299 okręgów; pozostałe głosy rozdziela się w obrębie landów (a nie całego kraju, jak u nas).

Poniżej – jeszcze raz to samo w tabeli (w nawiasie 95% przedział przewidywania). Po wyborach opiszę prostacką metodę, jaką doszedłem do tych przewidywań, i porównam je z sondażami z dzisiaj i okolic.

CDU 36.5% (34.5 – 38.5)
SPD 22.3% (19.9 – 24.7)
Grüne 7.7% (6.2 – 9.2)
FDP 9.4% (7.7 – 11.0)
Linke 9.5% (7.9 – 11.1)
AfD 10.3% (7.8 – 12.8)
Inne 4.3% (2.4 – 6.2)


Znowu o puszczy

30Czer17

Lasy Państwowe wraz z kumplami intensywnie zabiegają o to, żeby przeciwników wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej obsmarować jako lewaków i ekoterrorystów. Gradacja kornika jest według nich spowodowana nie niszczeniem lasu przez sadzenie świerków , tylko przez brak wycinek — na żądanie lewackich ekoterrorystów i innych świrów. Leśnicy, rzeczowi specjaliści od lasów, od lat dbają o to, żeby utrzymać Puszczę w nienaruszonym stanie, heroicznie walczą z kornikiem, a tu przy chodzą wariaci i kij im w szprychy wtykają.

Nope. To odwracanie kota ogonem. Przeciw wycinkom w Puszczy nie protestują tylko „ekolodzy” (as in, „działacze na rzecz ochrony przyrody”), ale przede wszystkim ekolodzy (as in, naukowcy, specjaliści od ekosystemów). Naukowcy ci nie mają żadnego finansowego interesu w obronie Puszczy: ani nie zarabiają na drewnie (jak leśnicy), ani nie zarabiają na turystach (jak mieszkańcy Białowieży). Zależy im tylko na zachowaniu Puszczy w stanie naturalnym.

Krótko i przystępnie jest to wszystko wytłumaczone w dwustronicowym FAQ autorstwa trzech polskich naukowców specjalizujących się w ekologii, w tym ekologii lasów. Oświadczenie w sprawie wycinki podpisało również 33 dziekanów wydziałów przyrodniczych polskich uniwersytetów.

Wiele zepsutych rzeczy można odtworzyć czy odbudować: instytucje państwowe, ustanowione prawa, zburzone pomniki czy nawet miasta. Puszczy się tak nie odtworzy, bo raz utracona bioróżnorodność nie powróci w żadnym dającym się przewidzieć czasie.