Na zdjęciu: Gamal Shiha prezentuje urządzenie C-FAST.

Na zdjęciu: Gamal Shiha prezentuje urządzenie C-FAST.

Kto by pomyślał, że tak niesamowite urządzenie — które w ciągu trzydziestu sekund jest w stanie bezinwazyjnie wykryć [1] HIV albo żółtaczkę zakaźną z odległości nawet pół kilometra — zostanie stworzone przez armię egipską? Urządzenie jest niezwykle proste i składa się z rączki z antenką (patrz zdjęcie obok).

Mamy do czynienia z naprawdę znakomitym, porządnie wykonanym, wysokiej klasy kawałem pseudonauki, porównywalnym z włoską zimną fuzją „E-CAT” i pod pewnymi względami nawet lepszym niż ADE 651, wykrywacz wszystkiego, od materiałów wybuchowych po słonie. Jest publikacja naukowa, jest patent [2], jest prototyp, są badania kliniczne, jest nazwa (C-FAST) — wszystko jest! Ba, nawet ktoś tak sceptycznie nastawiony jak ja pierwszy przyzna, że tej konkretnej fikcji wcale blisko do nauki. Niestety, wszystko pływa w bulszicie; co gorsza, gówno uderzyło w wentylator zbyt wcześnie i C-FAST chyba nie powtórzy komercyjnego sukcesu ADE 651 (na który niektóre państwa, np. Irak, wywaliły dziesiątki, jeśli nie setki milionów dolarów). Oczywiście ciężko nie dostrzec podobieństwa między C-FAST i ADE 651, a i zasady działania mają chyba podobne.

Czy takie nieinwazyjne wykrywanie choroby (albo przynajmniej wywołującej je infekcji) w ogóle jest możliwe? Albo czy kiedyś stanie się możliwe? Coś jak ze Star Treka — machasz, urządzenie robi bz-bz albo pi-pi, i już wiadomo co pacjentowi jest? Wydaje mi się, że tak. Najprawdopodobniej będzie to urządzenie, które najpierw starannie obwąchuje pacjenta, a niekoniecznie urządzenie działające na zasadzie „zaglądania do środka” pacjenta (jak w MRI). Zacznę od tego, co potrafimy już teraz, dziś; przypadkiem jest to (po raz pierwszy w historii tego bloga) dziedzina nauki, którą faktycznie się trochę zajmuję.

Diagnostyka często opiera się na wykrywaniu substancji, które są charakterystyczne dla pewnego procesu chorobowego. Na przykład możemy wykryć obecność pewnego organizmu chorobotwórczego (takiego jak HIV) bezpośrednio wykrywając sekwencje nukleotydowe charakterystyczne dla wirusa czy bakterii. Możemy też wykryć zmiany wywołane przez raka albo odpowiedź immunologiczną organizmu — podwyższone poziomy pewnych charakterystycznych substancji, obniżone poziomy innych. Na przykład odkryliśmy, że pacjenci chorzy na gruźlicę mają w surowicy podwyższony poziom wielu związków chemicznych, w tym np. kynureniny, związku produkowanego przez komórki walczące z prątkami gruźlicy, a jednocześnie obniżony poziom wielu aminokwasów i pewnych fosfolipidów.

Otóż jest kilka niesamowicie czułych technologii, które umożliwiają nam bardzo specyficzne wykrywanie biomolekuł. Odpowiednio zastosowane, mogą być użyte do celów diagnostycznych.

Pierwsza rodzina technik to spektrometria masowa: jest w stanie bardzo specyficznie wykryć nawet śladowe ilości związków organicznych, w osoczu albo nawet w wydychanym powietrzu. Na przykład, w badaniach nad gruźlicą pokazano, że przy pomocą lotnych związków organicznych (VOCs, volatile organic compounds) można specyficznie i czule wykrywać osoby z gruźlicą — można wykryć bezpośrednio charakterystyczne substancje produkowane przez bakterie. Można też, zamiast poszukiwać bakterii, próbować zaobserwować charakterystyczne zmiany w profilach metabolicznych pacjenta z krwi lub z moczu; zaleta jest taka, że można wykryć obecność bakterii nawet, jeśli nie da się bezpośrednio wykryć substancji pochodzących z bakterii.

Dalej — mamy techniki spektrometrii oparte o jądrowy rezonas magnetyczny (NMR). Spektrometria NMR zasadniczo różni się od spektrometrii masowej, ale może być wykorzystywana do podobnych celów — specyficznego wykrywania pewnych substancji w próbkach biologicznych. Nb winię rezonans za wielu oszustów w medycynie, bo same podstawy NMR są dość skomplikowane. Głowa mi pękała, gdym się ich uczył od pewnego znanego polskiego pisarza (i przy okazji fizyka specjalizującego się w NMR). Tak że łatwo wciskać kit — bo mało kto może zweryfikować te bzdury [3].

Trzecia rodzina technik to tzw. elektroniczne nosy. Prawdopodobnie będą one stosowane w diagnostyce coraz częściej. Ich ograniczeniem jest to, że mogą wykrywać tylko z góry określone substancje; za to są tańsze niż spektrometria. Wyobrażamy sobie, że spektrometria pozwoli nam na ustalenie panelu substancji charakterystycznych dla pewnego procesu chorobowego („biologiczny odcisk palca”, w tym wypadku dużo ściślej zdefiniowany), a elektroniczne nosy na skonstruowanie urządzeń, które taki odcisk potrafią wykryć. To wszystko już jest; wiemy dokładnie jak działa; istnieje multum publikacji opisujących testy kliniczne i zasady działania tych urządzeń.

Wreszcie trzeba jeszcze wspomnieć o PCR, łańcuchowej reakcji polimerazy. PCR jest niesamowicie czuła i doskonale specyficzna — sam osobiście, temi ręcami, jak jeszcze biegałem po laboratorium z pipetą, byłem w stanie wykryć i policzyć nawet kilkunaście-kilkudziesiąt kopii konkretnego DNA, choćby były wymieszane z miliardami innych kopii. System oparty na PCR (konkretnie QPCR, czyli amplifikacji RNA) wykorzystywany jest już klinicznie w diagnostyce gruźlicy na podstawie plwociny, działa szybciej niż tradycyjne kultury bakteryjne albo barwienie.

Pierwsze dwie techniki wymagają dużych, skomplikowanych urządzeń. Trzecia wymaga nieco mniejszych i nieco mniej skomplikowanych urządzeń. Wszystkie trzy są nietrywialne w zastosowaniu. I chociaż ja z pomocą firmy, w której z pomocą sztabu specjalistów i aparatury kosztującej ciężkie miliony jestem w stanie „zdiagnozować” [4] gruźlicę na podstawie próbki plazmy , to do zastosowania klinicznego bardzo daleko.

Opisana zasada działania C-FAST najbardziej przypomina NMR, a to dlatego, że pojawiają się słowa „rezonans”, „elektromagnetyczny” i jeszcze raz „rezonans”. Zasadę działania C-FAST niby znamy, bo pod koniec roku 2013 ukazała się publikacja w jednym z „rabunkowych czasopism” (predatory journals) poświęcona bezinwazyjnemu wykrywaniu białek za pomocą rezonansu elektromagnetycznego. Niestety, jest delikatnie mówiąc stekiem bzdur, dowolnie złączonych banałów i nieprawd, upstrzonych odnośnikami do oderwanych publikacji.

Przykład pierwszy. We wstępie autorzy piszą, że białka o „wspólnej biologicznej funkcji” (cokolwiek by to miało znaczyć, CBTMZ) dzielą wspólny „szczyt” (CBTMZ), reprezentujący region (CZEGO?) odpowiedzialny za biologiczną funkcję (a jak ich jest parę?). W tym momencie autorzy cytują odnośnik 14 — do pracy, która sama w sobie jest niezłym bełkotem, ale nie ma nic wspólnego z promieniowaniem elektromagnetycznym, a jedynie z „widmami informacyjnymi” obliczanymi na podstawie sekwencji białek. To trochę tak, jakby pisząc o plaźmie w reaktorze termojądrowym podać odnośnik do pracy o różnicach między plazmą (krew bez komórek krwi) a surowicą (plazma bez fibrynogenów).

Przykład drugi: „oddziaływania między białkami mogą być uznane z przeniesienie energii rezonansu (CBTMZ) między oddziaływującymi cząsteczkami” — to na każdym poziomie rozumienia tego zdania będzie nieprawda. Oddziaływania między białkami akurat są dosyć dobrze poznane, mogą być bardzo różne, ale raczej nie sprowadzają się do rezonansu, tylko do np. oddziaływań hydrofobowych.

Ogólnie rzecz biorąc, autorzy postulują, że każda molekuła ma elektromagnetyczny „odcisk palca” (CBTMZ), który można zdalnie wykryć przy pomocy rezonansu. I że ich urządzenie wzbudza rezonujące cząsteczki, i tylko je, i wykrywa to wzbudzenie, z odległości nawet pół kilometra. Samo to stwierdzenie nie budzi u mnie większych oporów niż koncepcje podróży z prędkościami przyświetlnymi, wormholes, tania fuzja jądrowe albo winda kosmiczna. Tzn. wydaje mi się to realistyczne w kontekście literackim, a odległe, być może niemożliwe w kontekście naukowym. Nikt takich odcisków palca nie był w stanie zdjąć czy wykryć nawet w przypadku prostszych molekuł w większych stężeniach; nikt nawet nie pokazał ich istnienia.

Źródło: wikipedia

Źródło: wikipedia

Techniki takie jak NMR albo spektrometria masowa osiągają nieporównywalnie skromniejsze cele olbrzymim nakładem wiedzy, technologii, pieniędzy. Na przykład do badania w którym wykorzystuje się rezonans jądra wodoru potrzeba pola magnetycznego o natężeniu 21 Tesli (urządzenie na zdjęciu obok wytwarza takie pole). Sygnał radiowy rezonansu jest bardzo słaby; trzeba go pobierać wielokrotnie za pomocą niezwykle czułych odbiorników radiowych. Droga od pierwszych urządzeń pokazujących samą zasadę działania do urządzeń, które mogą być wykorzystywane w medycynie zajmuje dziesięciolecia nawet w przypadku czegoś tak prostego, jak PCR. Początki spektrometrii NMR to lata czterdzieste dwudziestego wieku, a dopiero teraz zaczyna się używać tej technologii w badaniach podstawowych z dziedziny diagnostyki i etiologii chorób zakaźnych.

Tak działa nauka. Nowe twierdzenia opieramy na poprzednich, ale żeby to się trzymało kupy i nie zawaliło się od byle podmuchu wiatru, to te poprzednie muszą być trwale okrzepnięte. W tym konkretnym przypadku najpierw trzeba pokazać, czym są te „odciski palców” i że w ogóle istnieją. Potem, że można je wykrywać. Pokazać, zademonstrować — tak, by inni też mogli się o tym przekonać i w to uwierzyć. Równolegle trzeba by stworzyć teorię fizyczną opisującą to zjawisko (niczego takiego nie ma w żadnej z prac cytowanych w artykule). I dopiero potem można zabrać się za wykorzystywanie tej wiedzy w diagnostyce.

W przypadku C-FAST wszystko dzieje się w jednym kroku, w jednej jedynej publikacji skaczącej od niedostatecznie poznanej i opisanej teorii (a właściwie pseudonaukowego bełkotu) do przenośnego urządzenia, które można natychmiast wykorzystywać do diagnostyki prawie każdej choroby. No bo skoro możemy ustalić „rezonansowy odcisk palca” RNA wirusa żółtaczki zakaźnej typu C, to możemy ustalić podobny odcisk palca w przypadku niemal każdej innej wirusowej czy bakteryjnej choroby, prawda? Możemy robić nieinwazyjne urządzenia do pomiaru poziomu cukru u cukrzyków, wykrywać kwas mykocholinowy pałeczek gruźlicy i tak dalej? Albo wykryć konkretną osobę z odległości pół kilometra, tylko na podstawie jej DNA? Wykryć zmutowane RNA raka?

Podsumowując: gdyby to była prawda, to autorzy już byliby ciężkimi miliarderami. Ale nawet gdyby to była prawda, to ten ich artykuł i tak nic by nie był wart.

No chyba że jak zwykle chodzi o spisek.

dupa

[1] Wykryć, a nawet i wyleczyć? W pewnym momencie któryś z lekarzy wojskowych naprawdę twierdził, że urządzenia nie tylko potrafią wykrywać, ale i leczyć. Potem z tego leczenia się wycofano. Osobiście podejrzewam, że zaczęto mówić o natychmiastowym leczeniu żeby wyjaśnić błędne diagnozy pozytywne (false positives).

[2] Autorzy co prawda podają jakieś namiary na patent — A. Amien, Fast series (field advanced screening tool) WO 2011116782 A1. Patent PCT/EG/2010/0000044 — ale nie udało mi się tego wyguglać.

[3] To w sumie nie do końca prawda, bo akurat większość bzdur pisanych przez oszustów od leczenia „biorezonansem” (CBMTZ) jest w tak oczywisty sposób pseudonaukowym bełkotem, że nie trzeba znać się na fizyce jądrowej, żeby je zweryfikować (mam gdzieś w szkicach tytuł „Biooszuści od Biorezonansu”).

[4] Piszę w cudzysłowie, bo nie jestem lekarzem i niczego nie diagnozuję.

[5] Mam bardzo rozdwojony stosunek do tej publikacji. Z jednej strony, wydaje mi się, że zasłużyła na lepszy los niż PLoS ONE, co potwierdzają liczne cytowania. Z drugiej strony — mieliśmy błąd, i to dość absurdalny, W TYTULE PRACY.


OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Źródło: Wikipedia

Źródło: Wikipedia

Lymantria dispar to motyl — ćma, z rodziny Noctuidae, sówkowatych. Motyl, o którym większość z nas uczyła się w dzieciństwie. W każdym razie ja się uczyłem, chociaż nie zapamiętałem, nawet w przybliżeniu, jak to zwierzę wygląda. Zobaczyliśmy ją na ławce na placu zabaw, ale oczywiście nie rozpoznałem jej. Są biolodzy-przyrodnicy, którzy potrafią rozpoznać różne robactwo. Ja nie (o ile robactwo nie jest utrwalone w skale osadowej), ale dzięki temu mogłem się bez uprzedzeń nacieszyć jej pięknem.

Lymantria dispar znana jest bowiem także jako brudnica nieparka — szkodnik. Gąsienice (takie jak ta na zdjęciu) zjadają liście — głównie dębów, klonów i grabów, a także drzew owocowych. Gąsienice pojawiają się co roku w okolicach czerwca / lipca. Silne drzewa przeżywają zresztą atak brudnicy. Po niemiecku ćma nazywa się „schwammspinner”, bo składa jaja oplątane włoskami z odwłoka, wyglądają trochę jak gąbka (schwamm), a trochę jak przędza (spinnen to znaczy prząść).


Przewodniczący:

  • Funkcja ceremonialna
  • Przewodniczyć wszystkim spotkaniom — rozstrzygać spory podczas spotkań członków
  • Zapewnić przynajmniej jedno pytanie każdemu prelegentowi
  • Kupować wino na spotkania komitetu i jako nagrody / podziękowania
Zadania przewodniczącego Acid Fast Club (slajd z prezentacji)
Prątki gruźlicy wybarwione metodą AR (auramina-rhodamina)

Prątki gruźlicy wybarwione metodą AR (auramina-rhodamina) Hoff et. al

Klub Acid Fast jest tak brytyjski, jak brytyjska nauka; zrzesza osiemdziesięcioro (najwyżej osiemdziesięcioro!) naukowców badających prątki gruźlicy i pokrewne organizmy; ma silne poczucie własnej tożsamości i lojalności wobec członków, reguły te same, co przed laty i spotyka się dwa razy do roku. Ale swoje sześćdziesięciolecie postanowił obchodzić w Berlinie, paręset metrów od miejsca, gdzie Robert Koch badał prątki gruźlicy, i równie blisko mojego miejsca pracy.

Nazwa klubu pochodzi od jednego ze sposobów rozpoznawania prątków gruźlicy. Otóż bakterie te mają specyficzną ścianę komórkową, dzięki czemu gdy zabarwić je stężonym barwnikiem, to później nie odbarwią się pod wpływem działania kwasu. To jest podstawa często stosowanego barwienia metodą Ziehla-Neelsena: najpierw barwi się wszystkie komórki fuksyną (czerwoną), po czym przemywa kwaśnym roztworem alkoholu, wypłukującym barwnik ze wszystkich komórek z wyjątkiem kwasoodpornych. Potem barwi się i te, i pozostałe komórki błękitem etylenowym. Na obrazku powyżej zastosowano barwienie AR, w którym rolę fuksyny przejmuje barwnik fluorescencyjny — auramina.


  • Nowy gatunek os, Deuteragenia ossarium, buduje gniazda z martwych mrówek (artykuł w PLoS ONE). A właściwie nie tyle buduje, tylko zaczopowuje gniazda karapaksami martwych mrówek. Autorzy artykułu sugerują, że chroni to gniazda os.
  • Photographs: Merten Ehmig (A, B), Michael Staab (C, D). doi:10.1371/journal.pone.0101592.g002

    Photographs: Merten Ehmig (A, B), Michael Staab (C, D).
    doi:10.1371/journal.pone.0101592.g002

  • Mini-opowiadanie science fiction (z naciskiem na science) o zombich autorstwa PZ Myersa

    boulet_naukowcy

  • Boulet tłumaczy, nad czym pracują naukowcy
  • Dana to pies na komary — dosłownie!
  • Znakomita notka na blogu „nic prostszego” o tym, czy aspiryna leczy raka.
  • Argumentum ad arabicum, ładna nazwa i przykład dla powszechnego zjawiska fałszywej dychotomii (fallacy of the excluded middle).
  • Watson IBM’a wymyśla przepisy kulinarne.

Gazeta Wyborcza odkryła, że szczepionki są produkowane z płodów. A konkretnie to odkryła, że księża na kazaniach o tym mówią. A ja już od dawna zanotowałem sobie adres takiej jednej strony, która mówi o tym, które szczepionki są dobre. A które nie. W większości bowiem szczepionki są złe, jak się okazuje, i to wcale nie dlatego, że szkodzą, tylko dlatego że są robione z płodów zabijanych podczas aborcji.

Gazeta cytuje tę stronę i opatruje komentarzem Czesława Czechyra, pediatry:

- To informacje wyssane z palca – komentuje Czesław Czechyra, pediatra, szef fundacji Zdrowe Dziecko. – Niektóre firmy farmaceutyczne mogą wykorzystywać pojedyncze komórki człowieka, na których hodowane są wirusy używane do produkcji szczepionek, ale nie płody ludzkie – wyjaśnia.

No ale sprawa nie jest taka prosta, inaczej bym po próżni nie klepał w klawiaturę. Bo rzeczywiście szczepionek nie produkuje się z płodów. Ale do badań prowadzących do utworzenia szczepionki oraz do produkcji szczepionek wykorzystywane są linie komórkowe, które jak najbardziej wyprowadzono od komórek pobranych od płodu. Większość tego, co znalazłem na stronach dobreszczepionki.pl to najwyraźniej prawda.

I tutaj leży pies pogrzebany, bo najwyraźniej sprawa jest od dawna solą w oku niektórych katolików. Oto w 2005 Pontificia Academia Pro Vita — yep, Papieska Akademia Pro Vita, specjalizująca się w in vitro, aborcji, eutanazji, terapii genetycznej i antykoncepcji, założona przez Papieża Polaka — wydała taki oto dokument, który stwierdza m.in. że:

  • należy wybierać katolicką alternatywę jeśli taka jest
  • należy kontestować szczepionkę jeśli takiej nie ma

Żeby uniknąć kolejnych nieporozumień: autorzy dokumentu nie namawiają do nieszczepienia, chociaż piszą, że szczepienie feralnymi szczepionkami jest pasywnym i w niewielkim stopniu aktywnym udziałem w aborcji, choć moralnie uzasadnionym.

Oczekuję więc (a raczej: spodziewam się), że temat ten stante pede zostanie dopisany do Deklaracji Wiary i katoliccy lekarze nie będą szczepić szczepionkami z płodów. Przepraszam, utworzonych za pomocą linii komórkowej wyprowadzonej z komórek pobranych od płodów (ale to prawie to samo).

Post Scriptum, czyli reakcja na komentarze.

Po pierwsze, notka Sporothrix jak zwykle szczegółowo i dokładnie wyjaśnia, o co chodzi z tymi liniami komórkowymi.

Po drugie, uściślę swoje stanowisko. Ja przyjmuję do wiadomości istnienie ludzi, którzy nie życzą sobie transfuzji krwi, szczepionek powstałych z pomocą linii komórkowych wyprowadzonych z komórek płodu po aborcji (albo wręcz jakichkolwiek szczepionek). Ale efekt tej akcji (ze strony dobreszczepionki, z ambon i z dokumentu Papieskiej Akademii Pro Vita) może być taki, że rodzice po prostu przestaną szczepić dzieci, bo szczepionki będą „moralnie wątpliwe”. W ten sposób ci, którzy zarzucają rodzicom czynny udział w aborcji sprzed pięćdziesięciu lat (patrz komentarze) sami mogą stać się odpowiedzialnymi za następstwa nieszczepienia dzieci.

Po trzecie, cytat z dzisiejszej GW, wywiad Ewy Siedleckiej z prof. Zbigniewem Szawarskim, przewodniczącym Komitetu Bioetyki PAN:

Mamy wreszcie spór, który byc może uświadomi wszystkim, że znajdujemy się w punkcie zwrotnym. Pora już podjąć decyzję, w jakiego rodzaju społeczeństwie chcielibyśmy żyć. A stoimy wobec wyboru dwóch modeli ładu moralnego. Jeden to społeczeństwo ludzi wiary, których sumienia – oświecone Duchem Świętym i nauką moralną Kościoła – roszczą sobie prawo do narzucania innym, co mają myśleć i jak mają żyć.

Drugi model to społeczeństwo, w którym nie istnieje podział na sumienia oświecone i nieoświecone, lepsze i gorsze, zdrowe i chore. Wszystkie sumienia są równe i każdy ma prawo żyć zgodnie z własnym, szanując wspólnie przyjęty porządek prawny.

Po czwarte, że zarzucono mi wybiórcze cytowanie, zacytuję in extenso konkluzje dokumentu. Uważam, że świadczą o jego autorach jeszcze gorzej niż te dwa punkty powyżej.

  • używanie alternatywnych szczepionek i świadomy sprzeciw jeśli chodzi o szczepionki z problemami moralnymi jest poważnym obowiązkiem;
  • jeśli chodzi o szczepionki, dla których nie ma alternatyw, należy potwierdzić konieczność kontestacji (sic: the need to contest must be reaffirmed) tak by powstały inne, ale również należy potwierdzić prawość używania tych szczepionek, dla których nie ma alternatywy, o ile jest to konieczne by uniknąć poważnego ryzyka nie tylko wobec swoich dzieci, ale również, co może nawet bardziej istotne [and perhaps more specifically] dla zdrowia całej populacji — zwłaszcza kobiet w ciąży;
  • przyzwolenie na użycie tych szczepionek nie powinno być interpretowane jako deklaracja przyzwolenia na ich produkcję, reklamę i użycie [sic: lawfulness of the use ... should not be misintrpreted as a declaration of the lawfulness of their production, marketing and use], ale powinno być interpretowane jako bierna współpraca materialna i, w najłagodniejszej formie, również aktywna, moralnie usprawiedliwiona jako extrema ratio z konieczności zapewnienia dobra swoich dzieci i osób, które mogą wejść kontakt z dziećmi;
  • współpraca taka występuje w kontekście moralnego przymusu zastosowanego wobec sumień rodziców, którzy zostają zmuszeni do wyboru między swoim sumieniem albo ryzykowaniem zrdowiem swoich dzieci i całej populacji. To niesprawiedliwy wybór, który powinien zostać wyeliminowany tak szybko, jak to możliwe

W oryginale:

  • there is a grave responsibility to use alternative vaccines and to make a conscientious objection with regard to those which have moral problems;
  • as regards the vaccines without an alternative, the need to contest so that others may be prepared must be reaffirmed, as should be the lawfulness of using the former in the meantime insomuch as is necessary in order to avoid a serious risk not only for one’s own children but also, and perhaps more specifically, for the health conditions of the population as a whole – especially for pregnant women;
  • the lawfulness of the use of these vaccines should not be misinterpreted as a declaration of the lawfulness of their production, marketing and use, but is to be understood as being a passive material cooperation and, in its mildest and remotest sense, also active, morally justified as an extrema ratio due to the necessity to provide for the good of one’s children and of the people who come in contact with the children (pregnant women);
  • such cooperation occurs in a context of moral coercion of the conscience of parents, who are forced to choose to act against their conscience or otherwise, to put the health of their children and of the population as a whole at risk. This is an unjust alternative choice, which must be eliminated as soon as possible.

W najnowszej Science artykuł Wilsona et al (wszystkie materiały dodatkowe i wyniki są dostępne online). Autorzy zamykali na pewien czas w pustym pokoju młode osoby na studiach (nie tylko, ale w większości eksperymentów). Studenci nie mieli książek, telefonów komórkowych, laptopów etc.; byli pozostawieni swoim myślom, jak zwierzęta. W sumie przeprowadzono kilkanaście eksperymentów.

Poddani eksperymentowi studenci w zasadzie woleli wszystko, cokolwiek niż siedzieć samemu przez piętnaście minut w pustym pokoju i zajmować się wyłącznie swoimi myślami. Woleli nawet potraktować się elektrowstrząsem niż po prostu tak siedzieć i myśleć. W jednym z eksperymentów uczestnicy mogli sobie zaaplikować taki wstrząs — 25% kobiet i 67% mężczyzn sobie nacisnęło guziczek, a wiele osób więcej niż jeden raz (jeden koleś zaaplikował sobie nawet 190 wstrząsów elektrycznych w ciągu piętnastu minut, ale autorzy określają go jako „outlier”, tzn. „obserwację odstającą”).

Autorzy kończą wnioskiem:

Być może właśnie dlatego ludzie starają się uzyskać większą kontrolę nad swoimi myślami stosując medytację i inne techniki, z wyraźnymi korzyściami (23-27). Bez takiego treningu ludzie wolą robić niż myśleć, nawet jeśli to, co robią jest tak nieprzyjemne, że normalnie płaciliby za to, żeby tego nie robić. Nieuczony umysł nie lubi być sam ze sobą.[*]

Ja mam ostatnio jakieś problemy z Science (w poprzednim numerze był fatalny artykuł o klastrowaniu danych, do dziś się denerwuję jak sobie przypomnę, co zresztą widać w dyskusji pod artykułem). Z tym powyższym artykułem też mam problemy. Oczywiście, to akurat o niczym nie świadczy, bo mam zerowe pojęcie o psychologii, a statystyki w tym artykule było tyle, co nic.

Pierwszy jest taki, że um, jeśli by mi ktoś dał guzik do administrowania sobie bezpiecznych wstrząsów elektrycznych, to z czystej ciekawości bym go nacisnął, a nie dlatego że się nudzę czy że „nie lubię być sam ze sobą”.

A drugi problem mam z tym że wszystkie eksperymenty, poza jednym, były na studentach. A jakoś jestem dziwnie przekonany, że gdybym to ja siadł na piętnaście minut w pustym pokoju, to musiałbym się rzeczywiście co chwila kopać prądem — żeby nie zasnąć.

Po trzecie i najważniejsze, nie było żadnej grupy kontrolnej ani niezależnej miary zadowolenia. Po prostu, ludzie siedzieli sobie cicho przez kwadrans w pustym pokoju i potem mówili, że im się to nie podobało, w skali od jeden do dziewięć. I że ich myśli wędrowały (hm, co w tym nieprzyjemnego?), i cieżko im się było skoncentrować. I to ma o czymś świadczyć?

Jakoś mnie to wszystko nie przekonuje.

P.S. Nie do końca z sensem, ale proszę:

Lepiej żeby kopnął prąd cię
Lub w malakser wsadzić prącie
Lepiej nawet tonąć w Wiśle
Niż przez kwadrans o czymś myśleć

[*] cytat w oryginale:

This may be why many people seek to gain better control of their thoughts with meditation and other techniques, with clear benefits (23–27). Without such training, people prefer doing to thinking, even if what they are doing is so unpleasant that they would normally pay to avoid it. The untutored mind does not like to be alone with itself.


Facebook i GW

05lip14

Wojciech Orliński wspomina w swoim artykule w dzisiejszej GW o mojej notce poświęconej Facebookowi. Jest mi szalenie miło i w ogóle artykuł bardzo mi się podoba, ale ponieważ jestem upierdliwym starcem, to przyczepię sie do dwóch rzeczy.

Dlaczego „naukowców” wziąłem w cudzysłów? Bo to nawet nie był eksperyment prowadzony i nadzorowany przez naukową instytucję. Taką, w której nie wolno „krzyżować krowy z ośmiornicą”.

To kaprys Core Data Science Team, wewnętrznej korporacyjnej komórki Facebooka. Do eksperymentu dopuszczono wprawdzie dwóch naukowców z zewnątrz, ale pracowali pod nadzorem Adama Kramera, głównego autora publikacji i korporacyjnego menedżera.

Moim zdaniem jest to trochę zdejmowanie odpowiedzialności z obojga naukowców, Jamie E. Guillory (obecnie z UCSF, w czasie pisania pracy była studentką na Cornellu) i prof. Jeffrey T. Hancocka z Cornella. Oboje musieli zaakceptować i podpisać dokument stwierdzający, że zgadzają się z treścią artykułu. Całą treścią. Każdy z autorów prac naukowych przejmuje odpowiedzialność za wszystko, co ten artykuł stwierdza, nie może sie przy tym zasłaniać starszeństwem innego autora — bo Kramer rzeczywiście był i pierwszym, i korespondencyjnym autorem pracy. Zresztą Hancock sam jest autorem wielu podobnych prac.

Natomiast rzeczywiście Cornell umył ręce od strony etycznej eksperymentu — Institutional Review Board Cornella stwierdził, że skoro Facebook przeprowadził eksperyment w celach wewnętrznych, to nie podlega zasadom ochrony osób poddawanych badaniom naukowym (Human Research Protection Program) stosowanym na uniwersytecie Cornell.

Po drugie, wspólne pisanie pracy naukowej przez osobę zatrudnioną w prywatnej firmie, a nawet wyłącznie przez wydział R&D (Research and Development) jakiejś firmy to też nie jest samo w sobie nic zdrożnego. Wiele firm posiada znakomite laboratoria i produkuje znakomitą naukę, często na wyższym poziomie niż w rożnych instytucjach akademickich (bo np. firmy podlegają często dużo większym ograniczeniom i kontrolom, więc muszą się bardziej starać). Współautor z firmy nie umniejsza rangi pracy, jeśli praca jest dobra.

Wkurza mnie natomiast to, że gdybym ja coś takiego zrobił z próbkami krwi czy RNA (bo nawet nie DNA!) pobieranymi od pacjentów, to już bym pakował manatki — najbardziej intymne, najbardziej prywatne wiadomości przesyłane przez Facebooka mają gorsze prawne zabezpieczenie przed nadużyciami niż próbki plwociny albo moczu zdrowego dawcy. Ba! Firmy farmaceutyczne, z którymi współpracujemy, mają nieporównanie wyższe standardy jakości prowadzenia dokumentacji, przeprowadzania analiz statystycznych i tak dalej — muszą się bardziej pilnować w etycznym traktowaniu pacjentów i osób biorących udział w testach klinicznych niż my, w światku akademickim. W przypadku Facebooka jest na odwrót.

Ale najbardziej wkurza mnie to, że taki badziew ukazał się w PNAS.