Obrazek na dziś: rosnący dostęp do nauki

Kursuje po internetsach taki oto obrazek:

Ten wyjątkowo durny i niesprawiedliwy (choć śmieszny) mem ma niby świadczyć o tym, że dostęp do nauki (w sensie publikacji naukowych) jest coraz bardziej ograniczony. Nic dalszego od prawdy! Prawda wygląda tak:

W tej chwili artykuł – skądinąd mówiący o tym, że nauka jest coraz trudniejsza do zrozumienia dla osób spoza dziedziny, co jest zupełnie osobną, choć kontrowersyjną sprawą – jest dostępny, za darmo i całkowicie legalnie, z wielu źródeł. Jeśli poszukacie artykułu w Google Scholar, pierwszy z brzegu link zaprowadzi was do PDF-u z tekstem artykułu. Na stronach Nature zaś możecie po prostu kliknąć „Download PDF”.

Jeśli chodzi o dostępność artykułów jest, moim zdaniem, nieporównanie lepiej niż dziesięć lat temu, nie wspominając o tym, jak to wyglądało pod koniec XX w., gdy większość publikacji, zwłaszcza starszych, dostępnych było tylko na papierze. Rozpowszechnił się Open Access: OA oznacza, że autorzy wnoszą pewną opłatę, a w zamian za to ich artykuł jest dostępny dla wszystkich bez konieczności wykupienia dostępu. Opłaty bywają słone (od tysiąca dolarów wzwyż, chociaż są wyjątki), ale w porównaniu do kosztów samych badań zazwyczaj pomijalne.
Publikowanie Open Access weszło do mainstreamu: szereg czasopism, nawet z tych górnych półek jest w całości Open Access; inne, nawet Nature i Science oferują przynajmniej możliwość publikacji OA.
Oprócz tego wiele czasopism po pewnym czasie (np. dwóch latach) oferuje darmowy dostęp do wszystkich artykułów – nawet tych, które początkowo były dostępne tylko za opłatą. Ba! Niektóre fundacje finansujące badania naukowewymagają wręcz, żeby wyniki badań były natychmiast udostępniane, a publikacje zawsze ukazywały się w formule OA.

Co więcej, wiele czasopism zezwala na tzw. self-archiving: po prostu wolno umieścić własny manuskrypt czy publikację na jakiejś swojej stronie. Narzędzia takie jak stuprocentowo legalny Unpaywall albo portal ResearchGate ułatwiają znajdywanie dostępnych wersji interesujących nas artykułów.

Wielka zmiana dokonała się też jeśli chodzi o stosunek czasopism, ale też samych naukowców do publikowania preprintów, czyli manuskryptów przed recenzją. Pierwsi byli fizycy i matematyczki ze swoim arXiv, potem doszły serwery biorXiv i medrXiv. Tradycyjnie naukowcy obawiali się, że ktoś może im skraść wyniki, oraz tego, czy czasopisma przyjmą do druku publikacje, które zostały opublikowane w Internecie. Jeszcze dosłownie pięć lat temu, gdy opowiedziałem o preprintach swoim koleżankom i kolegom w instytucie Maxa Plancka, w którym podówczas pracowałem, spotkałem się z niedowierzaniem i rezerwą. Dziś to norma, a czasopisma takie jak Nature wręcz mają własne serwery preprintów albo ułatwiają proces przyjmowania do recenzji manuskryptu, który ukazał się na serwerze preprintów.

Nie wspominam nawet o tzw. „Black OA”, czyli tagu #ICanHazPDF albo SciHubie. Nie słyszałem też o tym, żeby nie dało się uzyskać kopii artykułu od naukowców, którzy go napisali.

Dlaczego powiedziałem, że obrazek jest niesprawiedliwy? Otóż zarówno te wszystkie zmiany, które opisałem – upowszechnienie OA, preprinty, jak i wiele innych rzeczy, których nie opisałem są rezultatem nacisków ze strony świata nauki. Tysiące naukowców i naukowczyń z całego świata od lat inwestowało mnóstwo sił i czasu by walczyć o idee transparencji i otwartości w nauce, w tym publikowania OA, publikowania wyników testów klinicznych (niezależnie od rezultatu), publikowania wszystkich danych uzyskanych w badaniach, ujawniania konfliktów interesów, a nawet kodu źródłowego procedur statystycznych i programów użytych w badaniach. Jawność i transparentność są warunkami sprawnego funkcjonowania nauki. Wyobraźcie sobie, że Apple wypuszczając nowego iPhone’a musi poddać publicznej inspekcji – w tym ze strony konkurencji – wszystkie jego elementy: hardware, software, opublikować każdą linijkę kodu i każdy schemat. Brzmi nieprawdopodobnie? A dokładnie tak jest w nauce.

Jest wiele problemów w nauce, ale dostęp do publikacji nie jest największym, a co więcej – jest coraz lepszy.

8 myśli nt. „Obrazek na dziś: rosnący dostęp do nauki

      • Jak już kiedyś tu wspominałem, nikogo do niczego nie zamierzam zmuszać, ale ja tak będę pisał, bo mam swoje powody. Nie zamierzam tutaj wyciągać argumentów o tym, jak język PRL wyrugował feminatywy, co na ten temat sądzi Rada Języka Polskiego przy prezydium PAN albo na temat preskryptywizmu językowego, na pewno je znacie.

        Czy „naukowczyni” jest językowym potworkiem – kwestia gustu, mnie się to słowo podoba.

        Also, ktoś kto używa słowa „kreacja” jako synonimu słowa „tworzenie” (nie w kontekście artystycznym czy teologicznym) powinien uważać na to, komu zarzuca językowe potworki, bo to akurat znaczenie jest kalką z angielskiego.

        • …a jakbyś zamiast „naukowców i naukowczyń” napisał „uczonych”, nie byłoby problemu, bo to dopełniać i do „uczone”, i „uczeni”…

  1. Już od dawna wiadomo że gorszy od braku dostępu informacji jest tylko nadmiar śmieciowej informacji . Poza Wikipedią ( z jej wieloma wadami ) brak innych żródeł które pozwałały by odszukać i hierarchizować informację ( zwłaszcza tą bardziej specjalistyczną) Google pomaga i przeszkadza jednocześnie – coraz częsciej trudno odfiltrować smiecie nawet zaawansowaniymi filtrami.

    • „Już od dawna wiadomo że gorszy od braku dostępu informacji jest tylko nadmiar śmieciowej informacji . ”

      Gdybym był złośliwy, to spytałbym czy masz na to jakieś źródła albo badania na poparcie tej tezy? Bo wbrew Lemowi uważam, że wcale nie. To jest taka sytuacja jak z wizytą w hipermarkecie: nadmiar może przytłaczać i stresować, ale to i tak lepsze od pustych półek.

      „brak innych żródeł które pozwałały by odszukać i hierarchizować informację”

      To chyba zależy o jaką informację chodzi. No i nie zapominaj, że chociaż w sieci jest mnóstwo informacji, podręczniki i książki popularnonaukowe nie zniknęły z powierzchni świata, a nawet mają się lepiej niż kiedykolwiek.

      „Google pomaga i przeszkadza jednocześnie – coraz częsciej trudno odfiltrować smiecie nawet zaawansowaniymi filtrami.”

      Jeśli chodzi o publikacje naukowe (a o tym w końcu toczy się rozmowa), to mało jest rzeczy równie dobrych jak Google Scholar. Serdecznie polecam; nawet dla niespecjalistów, bo wiele artykułów przeglądowych na jakiś temat jest pisanych językiem przystępnym i czyta się je znakomicie.

      • Z perspektywy akademickiej pełna zgoda – dostęp do publikacji/materiałów/artykułów/książek nigdy nie był prostszy, czy to za sprawą oficjalnych dystrybucji, czy nawet tych mniej (hello sci-hub, old friend). Ale sądzę, że problem dotyczy bardziej tego, że materiały spełniające jakieś kryteria naukowości nie są w sieci informacyjnej w żaden sposób wyróżnione – w obrębie tej problematyki bardzo fajny esej napisał swego czasu Ryszard Tadeusiewicz o czymś, co nazwał smogiem informacyjnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s